Modlitwa wróbla do pieńka, czyli percepcja przyrody w azjatyckim i europejskim ujęciu kamery

Tak się złożyło, że w tym tygodniu miałam przyjemność obejrzeć dwa filmy, w których dużą rolę odgrywa przyroda. Czy mogło mi się przydarzyć coś cudowniejszego niż połączenie „szklanej” przyrody z przywróconą do życia wiosenną aurą?

Pierwszy film pt. „Miód dla dakini” (reż. Dechen Roder) to bhutańska produkcja. Przez ponad dwie godziny obserwuję, między innymi, niezwykłą przyrodę tego kraju. Podobnie jak w drugim obejrzanym przeze mnie filmie – „Pokot” (reż. Agnieszka Holland) – tutaj podziwiamy krajowe podwórko – Kotlinę Kłodzką. W obu przypadkach rola kobieca jest najważniejsza. Choć obie bohaterki dzieli wiele, łączy je miłość i szacunek do przyrody.

Główną bohaterką filmu z Azji jest Choden – niezwykle piękna i młoda dziewczyna. Co ciekawe, właśnie ze względu na swoją urodę nie wzbudza zaufania ludzi z wioski do której przybyła „nie wiadomo skąd”. Co więcej, przypisuje się jej wręcz demoniczne cechy. Choden mieszka samotnie i pomaga pobliskim mniszkom w klasztorze. Kiedy połączymy te dwa fakty nie zdziwi nas teza, że kiedy zaistniało podejrzenie zamordowania pzeoryszy, cień podejrzeń pada na Choden. I tu rozpoczyna się właściwa akcja, której zdradzać Wam nie będę. Kryminał ten ogląda się przyjemnie, choć nie ukrywam, że tzw. „dłużyzny” też się zdarzają. Sprawę Choden rozpracowuje młody detektyw z policji – Kinley.

W „Pokocie” poznajemy Janinę Duszejko – kobietę dojrzałą i doświadczoną. Na co dzień uczy angielskiego w szkole. Mieszka samotnie, ale nie powiedziałabym, że się alienuje. To serdeczna postać, o dużej empatii i wrażliwości. Film powstał na podstawie powieści Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Duszejko – bo tak każe na siebie mówić – zna się na astrologii, nie je mięsa i jest przeciwniczką kłusownictwa oraz polowania na zwierzęta. Film posiada piękne ujęcia przyrody i wręcz czeka się na przysłowiowy głos Krystyny Czubówny rodem z programów przyrodniczych. Jednak się go nie doczekamy, bo „Pokot” to świetny kryminał. Miałam okazję obejrzeć usunięte sceny. I dobrze, że zostały usunięte, gdyż były w swojej wymowie bardzo patetyczne. A film podobał mi się właśnie dzięki temu, że nie jest takim nadętym ekomanifestem. Film zdobył nagrodę Srebrnego Niedźwiedzia na 67. Międzynarodowym Festiwalu w Berlinie. Akcja jest bardziej wartka niż w przypadku „Miodu dla dakini”. Jednak film z Azji jest w pewnym sensie filozoficzny i mistyczny. Jest w nim miejsce na buddyjskie przypowieści, co dla człowieka Zachodu stanowi pewną ciekawostkę kulturową i antropologiczną.

Dakinie to oświecone kobiety, których zadaniem jest przekazywanie mądrości przeszłych pokoleń przyszłym pokoleniom. Zwróć uwagę, że Duszejko (choć to emerytowana inżynierka) jest nauczycielem. Swoją postawą kształtuje przyszłe pokolenie. Co więcej, obie bohaterki mieszkają w górach. A góry kojarzą się z trudnymi warunkami i wieloma przeciwnościami przyrody, która choć niezwykle piękna, to często nie idąca na kompromisy kapryśna Pani.

Aktualnie w Polsce na czasie jest sprawa wycinki w Puszczy Białowieskiej czy (jakiś czas temu) nowe prawo łowieckie. Wiele „Duszejek” – pan i panów – przybyło bronić puszczy. To ostatni las pierwotny w Europie. „Pokot 2” mógłby mieć miejsce właśnie tam, ukazując walkę obywateli z władzą. Co do ustawy, zakazano m.in. udziału osobom poniżej 18 roku życia w polowaniach.

A wróbli w miastach coraz mniej… Ileż gatunków zwierząt żyło przed nami, a których już nie ma. Roślinom mam wrażenie jest trochę łatwiej, choć wg ustawy byłego już ministra Jana Szyszki można było (czy cały czas można?) wyciąć drzewa bez pozwolenia, jeśli się je tam posadziło. Ze zgrozą obserwowałam to, jak znikają drzewa z okolicznych podwórek, a mieszkańcy mieszkań-ciemnic odzyskują witaminę D. Ale może nie byli świadomi, że zaleca się dla zdrowia patrzeć na zieleń, przyrodę, co ponoć działa kojąco na nerwy. Cóż… Może wolą mieć plazmę powieszoną na ścianie w otoczeniu tapety-gaju brzozowego. A za oknem pieńki. Bo my z tą przyrodą to na bakier. Dopiero jak jej zabraknie… Ale wtedy to i już nas nie będzie. Amen.

 

 

Advertisements

Malarz, tekściarz i biegacz w worku na śmieci, czyli wspólny mianownik dwóch biegunów

Dzisiaj obejrzałam po raz drugi film „Twój Vincent” w reżyserii Doroty Kobieli i Hugh Welchman’a. To pierwszy pełnometrażowy film animowany wykonany techniką malarską. W projekcie filmowo-animacyjno-malarskim wzięli również udział, co ciekawe, prawdziwi aktorzy. Animacja malarska była procesem dość skomplikowanym i pracochłonnym, dlatego nie będę w szczegółach Wam tego opisywać. Warto jednak sobie uświadomić, że finalnie oglądamy 65 000 zdjęć prawdziwych obrazów poddanych animacji.

Jak wiemy, choć obsypany na świecie nagrodami, „Twój Vincent” nie zdobył Oskara. Z pewnością jednak przywrócił pamięć o wielkim malarzu jakim był Vincent Van Gogh. Teraz parę słów o nim – Geniuszu z Holandii.

Zaczął malować w dość późnym wieku, gdyż miał 28 lat. Długo nie mógł odnaleźć swojego miejsca w życiu. Imał się różnych zajęć, jednak to właśnie malarstwo okazało się jego przeznaczeniem. Jego twórczość to 8 lat, 800 obrazów, 1 obraz sprzedany za życia. Za życia naznaczonego cierpieniem i chorobą. W filmie poznajemy lekarza i przyjaciela Van Gogha doktora Gachet’a, leczącego z melancholii wielu ówczesnych artystów, nie tylko Van Gogh’a, który był nie raz pacjentem szpitala psychiatrycznego. Melancholia to ładne określenie na depresję.

Film „Twój Vincent” ogląda się niczym kryminał, gdyż młody syn listonosza – Armand Roulin – ma dostarczyć list Van Gogha do jego młodszego brata Theo, jednak już po śmierci samego autora listu. Początkowo sceptycznie nastawiony, zaczyna angażować się emocjonalnie w całą tę sprawę – tajemniczej śmierci Mistrza.

Wpisuję w wyszukiwarkę hasło „Van Gogh choroba”. Natrafiam na ciekawy artykuł o możliwych i domniemanych schorzeniach artysty: https://zdrowie.radiozet.pl/Psychologia/Vincent-van-Gogh-na-jakie-choroby-cierpial-Przyczyny-smierci-artysty. Podaję link dla osób zainteresowanych trochę medycyną, gdyż lista wymienionych chorób jest dość długa. Dla osób jeszcze bardziej zainteresowanych tematem polecam przeczytanie artykułu Katarzyny Janiszewskiej o związkach geniuszu, kreatywności i znanych twórców z chorobą afektywną dwubiegunową: https://plus.gazetakrakowska.pl/magazyn/a/choroba-ktora-laczy-w-sobie-geniusz-depresje-i-szalenstwo,11671288.

Przy okazji chcę Wam polecić jeszcze jeden film, który mnie swojego czasu wzruszył. I nie tylko mnie. Po raz pierwszy w kinie, po projekcji, nie na żadnym festiwalu czy konkursie, ale na pokazie Dyskusyjnego Klubu Filmowego, rozległy się gromkie oklaski. Ale były to oklaski pełne zadumy. Bo drugi film o którym piszę również opowiada o wielkim Artyście, a mianowicie o Wojciechu Młynarskim, którego większość Polaków kojarzy jako genialnego autora piosenek (2000 tekstów!). Obejrzyjcie koniecznie, tutaj wstawiam zwiastun filmu “Młynarski. Piosenka finałowa” (reż. Alicja Albrecht): https://www.youtube.com/watch?v=piDjpwMsaGM. Piszę o Wojciechu Młynarskim, gdyż to również artysta, który chorował na zaburzenie afektywne dwubiegunowe.

Ale wśród chorych są nie tylko sami artyści. Przykładem jest bohater obsypanego nagrodami filmu „Poradnik pozytywnego myślenia” (reż. David O. Russell). Film również wart rozważenia przy wybieraniu projekcji na nadchodzący weekend. Weekend dobrego kina i refleksji. No i oczywiście festiwalu wiosny za oknem, mam nadzieję!

 

O niezwykłej guwernantce, która inspiruje kobiety nie tylko ze świata nauki, czyli od Szczuk do Paryża – historia pewnej Marii

Dzisiejszy Świąteczny post (choć ten Wielki Post już za nami) chciałabym poświęcić niezwykłej polskiej guwernantce. Czy domyślacie się o kim piszę? Dam Wam parę podpowiedzi. Z pewnością można nazwać szczęściarzami dzieci z ziemiańskiej rodziny Żorawskich w Szczukach pod Przasnyszem, które miały z nią do czynienia. Choć w sumie ciekawe jakim była nauczycielem… Zarobione w ten sposób pieniądze przekazywała między innymi swojej siostrze, która studiowała na Sorbonie. Czy wiecie już o kim piszę?

Tak, o Marii Skłodowskiej-Curie. Zrobię teraz to, co zawsze kiedy dla Was piszę. Idę do swojej biblioteczki i wyciągam encyklopedie, słowniki i inne książki czy prasę na biurko. To ciekawe doświadczenie A.D. 2018 otworzyć tradycyjną encyklopedię PWN z 1987 roku. 31 lat, „S” – czwarty tom, strona 194. Jest! Maria Skłodowska-Curie żyła 67 lat (1867-1934). A zatem w tym roku mija 151 lat od jej narodzin. O! Jaka ciekawostka definicyjna. Pierwszą informacją (po dacie narodzin i śmierci) o Marii Skłodowskiej-Curie w mojej starej encyklopedii jest to, że była… Żoną P. Curie. Wiedziona ciekawością, szukam jaka informacja o Marii Skłodowskiej-Curie ma priorytet na Wikipedii. Otóż dowiadujemy się, że jej rodzina była spod herbu Dołęga, potem: data i miejsce urodzin oraz śmierci.

To że była wybitną fizyczką i chemiczką, dwukrotną laureatką Nagrody Nobla (1903, 1911), pierwszą profesorką fizyki na Sorbonie, a w 1995 roku jako pierwsza kobieta spoczęła w paryskim Panteonie powinien wiedzieć każdy. Przypominam te podstawowe informacje, bo tak jak można zapomnieć z lekcji chemii tablicę Mendelejewa (oby to nie był polon i rad), choć pewnie po części mamy ją (tablicę) w naszych posmogowych płucach, tak takiej osobowości jak Maria Skłodowska-Curie się nie zapomina. Dlaczego? Bo są po prostu inspirujące. Do inspirowania się właśnie naszą wspaniałą Rodaczką przyznaje się wiele kobiet, nie tylko ze świata nauki, jak np. Ada Yonath (izraelska noblistka, prowadziła badania nad rybosomem), dla której Maria Skłodowska-Curie była bohaterką.

Sporo o Marii Skłodowskiej-Curie dowiedziałam się od pewnej amerykańskiej dziennikarki i pisarki Marcii DeSanctis, która w swojej książce pt. „100 miejsc we Francji, które każda kobieta powinna odwiedzić” cały rozdział zatytułowany „Pierwsza dama nauki. Instytut Curie, Musée Curie, Paryż” poświęca polskiej Noblistce. Drogie Pani i Panowie, pozwolę sobie na parę cytatów z tej książki. Czytając cały rozdział czułam niesamowitą dumę z tego, że jestem Polką. Byłam autentycznie wzruszona samą lekturą, bądź co bądź, przewodnika.

Marcia DeSanctis pisze: „Mnie samą zaskoczyło wzruszenie, z jakim zwiedzałam gmach poświęcony kobiecie, której wielkość była rezultatem nie urody, małżeństwa czy urodzenia, lecz niezłomnej siły umysłu”.

„Już jako dziesięcio-, jedenastolatka stawiałam ją sobie za wzór do naśladowania, wzór kobiety, która potrafiła samodzielnie zrealizować swe marzenia i ambicje – mówi profesor Anna Balazs, wykładowczyni inżynierii chemicznej na Uniwersytecie Pittsburskim – Uważałam, że to wspaniałe”.

Pamiętacie, że w Encyklopedii PWN z lat 80. Maria Skłodowska-Curie była głównie żoną męża profesora? W rzeczywistości Pierre Curie porzucił własne badania, by wspierać badania żony (ok. 1895 r.!)

„Część jej (M S.-C.) spuścizny stanowią nieustępliwość, poświęcenie i zapał – mówi profesor Balaz. – To cechy bardzo cenne w prowadzeniu badań i ważne, by wiedziały o tym dziewczynki, które interesują się nauką”.

I właśnie ja uświadomiłam sobie, że moją pasją jest nauka. Mam już tytuł magistra, ukończone dwie podyplomówki, ale jestem na drugim licencjacie z filologii angielskiej i za dwa lata będę się ubiegać o zagraniczny doktorat. Szczegółów na razie nie zdradzam 😉

Przede mną do nadrobienia: obejrzenie filmu o Marii Skłodowskiej Curie (reż Marie Noelle) oraz „Maria Curie. Biografia” napisana przez Ewę Curie i Alicję Rafalską-Łasochę, „Maria Skłodowska-Curie – kobieta niezwykła”.

Kończąc, zdałam sobie sprawę, że i ja jestem na swój sposób guwernantką 😉. Oczywiście nie porównuję siebie (broń Boże!) z Marią Skłodowską-Curie. Ale to miłe, że być może i moje naukowe plany kiedyś się ziszczą, a postać Marii Skłodowskiej-Curie pozostanie zawsze wzorem do naśladowania.

I na koniec końców taki cytat z klasyka – Marii Skłodowskiej-Curie:

Ja zaś myślę, że w każdej epoce można mieć życie interesujące i użyteczne, a o to głównie chodzi, aby go nie zmarnować i móc sobie powiedzieć, jak Jean Christophe (autor Romain Rolland) „Jak tylko mogłem”.

Życzę Wam Wesołych Świąt!

Wasza Guwernantka 😊

 

O zespole, który przenosi słuchaczy w czasie. Oj, Hańba! jak dobrze im to wychodzi

Wczoraj wybrałam się na koncert zespołu Hańba!, który odbył się  w bardzo klimatycznym miejscu w moim mieście, a mianowicie w Czarnym Spichrzu, który został wybudowany na przełomie XVIII i XIX wieku. Na półtorej rodziny przed koncertem napisała do mnie koleżanka, czy się z nią na niego nie wybiorę. Pomyślałam, czemu nie. Nie miałam już czasu na przesłuchanie choćby fragmentu ich twórczości na TouTubie czy poczytanie o nich informacji w Internecie.

Na scenie ukazali się przede mną czterej panowie w strojach rodem z międzywojennej Polski, a tematyka  teksów piosenek też była jakaś niewspółczesna. Jak się okazało ich autorami są m.in. Julian Tuwim, Władysław Broniewski czy Jan Brzechwa. A zatem przeżyłam absolutną podróż w czasie do Polski lat 20. i 30. Była to podróż legalna, gdyż muzycy są laureatami tegorocznych Paszportów Polityki w kategorii Muzyka popularna za: „muzyczno-literacko-polityczną rekonstrukcję, która daje efekt zaskakujący” za ich płytę Będą bić!, na której „uderzają w militaryzm, nacjonalizm, ksenofobię i przestrzegają przed coraz bardziej nieuchronną katastrofą”. Członkami zespołu są: Andrzej Zamenhof, Wiesław Król, Adam Sobolewski, Ignacy Woland. Wykonują oni muzykę punk rockową, bo jak sami mówią: „Wyobraźmy sobie, że punk rock nie powstaje na wyspach brytyjskich w latach siedemdziesiątych, lecz w międzywojennej Polsce, jako wyraz buntu przeciwko autorytarnym rządom sanacji. Oto, czym jest Hańba!”. Zespół powstał w Krakowie w 2013 roku i jak do tej pory wydał pięć płyt.

W 2015 roku wystąpili w Muzeum Historii Żydów Polskich. Słuchając ich koncertu w Czarnym Spichrzu miałam takie momenty, że przenosiłam się właśnie do tego Muzeum, a dokładniej do galerii nr 6 na Żydowskiej Ulicy 1918-1939. Po prawej stronie uliczki mamy omówione sprawy polityczne międzywojnia, w tym różne postawy polityczne. A po lewej wchodzimy w świat kultury: świat kawiarniany (m.in. możemy „pobyć” w  Małej Ziemiańskiej, która znajdowała się przy ul Mazowieckiej w Warszawie), wejść w świat kina czy poczytać żydowską prasę. Przeniesiemy się też na ulicę Tłomackie 13, przy której działał związek Literatów i Dziennikarzy Żydowskich.

Tuwim, Leśmian, Słonimski to m.in. twórcy pochodzenia żydowskiego, których rola dla polskiej kultury jest nieoceniona. I z tego dziedzictwa czerpie właśnie inspirację zespół Hańba!.

Ich twórczość wzbudziła zainteresowanie amerykańskiej stacji radiowej KEXP, która nagrała ich występ w bardzo klimatycznych okolicznościach (obejrzyjcie i posłuchajcie sami: https://www.youtube.com/watch?v=uYcYM3kgv_I)

Słuchając ich koncertu również i mi udzieliła się nostalgia za tamtymi czasami, kiedy Polska była tyglem kulturowym. Budziło to moim zdaniem ciekawy ferment intelektualny i właśnie kulturalny. Jednak, jak wiemy z historii, to inne prądy polityczne i ich konsekwencje zadecydowały o tym, że Polska jest bardzo jednorodnym krajem.

Świat aktualnie, choć dostępny i otwarty jak nigdy wcześniej, stał się też jednocześnie nieufny i wyczulony na inność czy obcość.  Tymczasem ja lubię okres międzywojenny w kulturze, bo choć jest on tak krótki, tak wiele się w nim wydarzyło, tyle wybitnych jednostek, które wydał wielokulturowy świat.

Cieszę się, że w naszym monokulturowym świecie udało się zaistnieć z sukcesami takiemu zespołowi jak Hańba!. Na koncercie jest energia, moc i emocje. Polecam Wam wybrać się na ich koncert.

https://www.facebook.com/Hanba1926/ – trasa koncertowa jest dostępna na ich stronie na Facebooku.

PS Muzeum Historii Żydów Polskich Polin w Warszawie też odwiedźcie. Polecam.

 

O marzeniach i gramatyce życia z coachingiem w tle

Już długo mnie tutaj nie było. Nic specjalnego mnie nie zainspirowało do napisania. Jednak odczuwam już wewnętrzną potrzebę pisania jako takiego. Od grudnia mam na pulpicie plik pod nazwą „Chcę napisać wiersz głęboki”. Śmieszne prawda? Ów wiersz miał już tyle koncepcji, różnych początków, że w sumie jego konwencja mogłaby się opierać na samych próbach jego napisania. Przysiadłam do niego po obejrzeniu po raz drugi filmu „La la land” (reż. Damien Chazelle). Znów uświadomiłam sobie, że moją pasją jest pisanie. Odwiedziłam nawet stronę z aktualnymi konkursami literackimi. Opuściłam ją z przeświadczeniem, że napiszę sztukę teatralną.

 

Tym, którzy nie widzieli filmu, mówię: „Obejrzyjcie”. To film o marzycielach, ich marzeniach i ich spełnianiu. Film, nie wiedzieć czemu, mnie za drugim razem zdołował i bardzo wzruszył. Ma porywającą (jak jego ścieżka dźwiękowa – to w końcu mucical) moc. Najpierw musiało zatem dojść do swoistego katharsis. Przeanalizowałam swoją sytuację i nie byłam zachwycona. Ale ten dzień, w którym oglądałam film, był szczęśliwym dniem. Okazało się, że zaliczyłam kolejną sesję egzaminacyjną na studiach i odebrałam telefon w sprawie nowej pracy. A zatem jakieś przełomy się zdarzają, tak jak w życiu bohaterów.

 

Ostatnio z czystej ciekawości kupiłam wydanie specjalne czasopisma „Coaching extra”. Podtytuł: „Twój rozwój, sukces, szczęście”. Na magazyn składa się 10 warsztatów dr Ewy Mukoid. A na okładce krzyczą do mnie takie hasła jak: „Odkryj czego naprawdę pragniesz”, „Zaprojektuj sukces krok po kroku”, „49 ćwiczeń jak od marzeń przejść do zdarzeń”. Sesja couchingowa sam na sam z makulaturą i ołówkiem dopiero przede mną. Ale jakieś parę dni temu wyznaczyłam plany do 2021 roku. Mam więc niczym w PRL-u plan trzyletni – Trzylatkę. Dało mi to poczucie wewnętrznego spokoju.

 

Patrzę zatem w przyszłość, choć wczoraj od godziny 17.00 wybrałam się w rejs w przeszłość wraz z częścią mojej licealnej klasy. Mieliśmy okrągłą pomaturalną rocznicę i niezły powód do spotkania. Żyliśmy  przez te kilka godzin swoją wspólną przeszłością, ale i teraźniejszością, a skończyliśmy na planach/marzeniach na przyszłość. A zatem tak jak w gramatyce, tak i w życiu przeszliśmy przez wszystkie czasy. Koleżanki i Koledzy, z tego miejsca dziękuję Wam za spotkanie!

 

Przypomniałam sobie swoje marzenia maturzystki. Na pytanie kim chcę być odpowiadałam: dyplomatą. Zobaczymy, może kiedyś na swój sposób nim zostanę 😉

 

Tymczasem mamy dzisiaj niedzielę historyczną. Pierwszą z zakazem handlu. Za oknem świeci słońce, ludzie jakoś lżej odziani latają po ulicy,  mamy połowę marca i bliżej nam niż dalej do wiosny. Wybieram się za miasto. I Wam też radzę miło i z pożytkiem dla zdrowia, duszy i umysłu spędzić ten wolny czas. Bo czasu, tak jak dzisiaj niczego w markecie, nie kupimy.

Także na koniec stosuję autorską teorię time coachingu. Bywajcie!

 

 

Bosa sztuka, czyli kultura pod Palmą z Browarem

Nigdy nie byłam na solowym koncercie gitarzysty. I byłby to już sam w sobie wspaniały koncert, bo na gitarze grał Adam Palma – najlepszy gitarzysta akustyczny w Polsce. W dodatku okazało się, że pochodzi z mojego miasta – Włocławka. Koncert miał miejsce 28 stycznia 2018 roku. Ale sceną postanowił się podzielić. I dał sporo miejsca, bo zmieścił się fortepian Leszka Możdżera i sam Leszek Możdżer – człowiek wysoki (wiem, bo stałam obok i mam z nim zdjęcie). Jak już tak mamy Adama Palmę, to co by utrzymać klimaty rajskiej sceny-plaży (po której Leszek Możdżer chodził boso) przydałby się głos Anny Serafińskiej (o jak anielsko!) – wokalistki jazzowej, w dodatku pani doktor habilitowanej w swoim fachu. Na takim koncercie po prostu trzeba było być. Poziom artyzmu i profesjonalizmu czuć było od pierwszych taktów. Koncert miał taką fajną atmosferę, że dwie godziny, w tym dwa bisy i kilka owacji na stojąco, upłynął szybko. Za szybko… Ale mam oprócz pamiątkowych fotografii płyty Adama Palmy i Leszka Możdżera z autografami. W tym miejscu wypada podziękować organizatorowi: Centrum Kultury Browar B, który sztukę promuje na ocenę A w anglosaskiej skali ocen oczywiście.

Już w trakcie nastrojowego koncertu myślałam sobie, o czym do Was napiszę. Koncert zainspirował mnie do rozmyślań nad ludzkimi znajomościami. Okazało się, że Adam Palma poznał Annę Serafińską na studiach. Ze sceny dziękował osobie, która poznała go z Leszkiem Możdżerem. Gdyby nie Adam Palma, który zaprosił do Włocławka Annę Serafińską i Leszka Możdżera nie byłoby tego wspaniałego koncertu.

Każdy z nas wie, że fajnie jest mieć znajomości. Nie dalej jak  zeszłym tygodniu na popularnym serwisie społecznościowym LinkedIn, wysłał mi zaproszenie do grona znajomych poseł na Sejm RP. Jak się okazało mamy wspólnego znajomego i pan poseł w myśl zasady znajomi moich znajomych…. Postanowił chyba poszerzyć grono swoich znajomych. A zatem teraz lajkujcie Guwernantkę https://www.facebook.com/Guwernantka-179264539486462/, jeśli chcecie mieć taką znajomą, która ma takiego znajomego 😉

W Chinach, jak dobrze wiecie kraju ludnym, mieć znajomości to ponoć podstawa i nie jest to postrzegane w negatywnym świetle. „Masz znajomości=masz szczęście”. W Polsce, to raczej wstydliwe i trochę niemoralne (?) przyznać się do np. dostania pracy po znajomości. Owszem, kwalifikacje są ważne i myślę, że nawet jeśli ktoś dostanie pracę po znajomości, ale nie będzie dobrze jej wykonywał to zostanie jej pozbawiony.

A co z systemem poleceń? Niektóre firmy wręcz płacą swoim aktualnym pracownikom za polecenie nowych. Pamiętam, że swojego czasu wystosowałam apel do swoich znajomych na Facebooku, czy ktoś pracuje w firmie X i mnie poleci, bo firma X czeka na polecone osoby. Nikt niestety (albo stety) się nie znalazł i jestem w takim, a nie innym momencie swojego życia.

Wracając do koncertu i znajomości. Po koncercie spotkałam swoją byłą polonistkę z gimnazjum, którą bardzo ciepło zawsze wspominam. Nie wiem jak inni blogerzy, ale ja miałam niebywałe szczęście do polonistów od podstawówki po liceum! Kto wie, może gdybym na nich nie trafiła, to czy bym pisała już drugiego bloga w życiu? Pamiętam, że pani polonistka w gimnazjum przynosiła nam płyty, których słuchaliśmy w kontekście omawianego tematu np. płytę Janusza Radka. O, swoją drogą ten artysta też był we Włocławku. Dzięki napotkanym na swojej ścieżce polonistom mam w sobie pociąg do kultury. Moja polonistka z liceum powiedziała, że jej sukcesem będzie kiedy po ukończeniu szkoły będziemy sięgać po książki. Myślę sobie teraz: “Jestem czyimś sukcesem w takim razie”.

Jesteśmy jak planety krążące wokół siebie. Moje polonistki to z pewnością boginie Wenus, a jeden polonista to bóg Mars, z którym żadnej wojny nie toczyłam. Co więcej, po znajomości załatwiłam dwie wejściówki do teatru na spektakl z kolegą, który marzył o dostaniu się do szkoły teatralnej. A ja kiedyś grałam małą rólkę w teatrze dziecięcym i wydawało mi się, że mam prawo przedstawić w czasie antraktu kolegę z liceum dyrektorowi teatru (!). Poszliśmy razem pod drzwi jego gabinetu. Nikogo nie zastaliśmy. Jak potoczyłyby się losy kolegi po takim spotkaniu? Czy zostałby aktorem? Czy byłabym jego pierwszą managerką i dzisiaj siedziałabym pod palmami w Hoollywood?

Na razie wystarczy mi jedna Palma. Adam Palma.

 

O aktorce, która dzięki roli w filmie stała się przypadkiem historykiem idei

Z czym Wam się kojarzy słowo „manifest”? Macie zapewne wiele pomysłów na odpowiedź. Było tych manifestów w historii ludzkości już sporo. A co powiecie na manifest(y)-scenariusz i jedną aktorkę, która wygłasza je w trakcie trwania filmu w różnych stylizacjach przez półtorej godziny? Dzieło pt. „Manifesto” (reż. Julian Rosefeldt) wspomina radykalne manifesty jakże burzliwego wieku XX. Widzowie na świecie mogli oglądać film w 2015 r., polska dystrybucja miała miejsce w zeszłym roku. W roli głównej obsadzono Cate Blanchett.

Czas przyjrzeć się pojęciu manifest. Tradycyjnie sięgam w tym celu po książki z mojej biblioteczki. „Słownik szkolny. Terminy i pojęcia historyczne” Bogdana Snocha zaznacza, że słowo „manifest” oznacza z języka łacińskiego (manifestus) „jawny”. Może to być: „orędzie, uroczysta odezwa władzy zwierzchniej do narodu bądź deklaracja publiczna organizacji społecznej, partii politycznej lub grupy literackiej zawierająca program ich działania lub wyrażająca ich stanowisko”. Ciekawą definicję podaje „Wielki słownik wyrazów obcych i trudnych” Andrzeja Markowskiego i Radosława Pawelec. Jest ona dokładniejsza od poprzedniej. Pozwólcie, że pokrótce zacytuję najważniejsze informacje: „manifest – uroczysta odezwa władcy lub władzy do narodu zazwyczaj zawierająca program działania politycznego, informacje o planowanych reformach, deklaracje dotyczące zagwarantowania obywatelom pewnych praw; pismo – zwykle artykuł lub broszura – w którym jakaś grupa, najczęściej polityczna lub artystyczna, formułuje swój program”. Sięgam jeszcze po „Szkolny słownik terminów literackich” Wydawnictwa Zielona Sowa. Manifest literacki to: „forma publicystyki literackiej, tekst zawierający założenia programowe grupy literackiej, prądu literackiego, pokolenia literackiego, często bardzo krytycznie oceniające stan kultury bądź odpowiedniej dziedziny sztuki, przy czym postulatom estetycznym i artystycznym często towarzyszą postulaty np. społeczne lub polityczne. Formułowanie manifest literacki może wiązać się z już funkcjonującym w kulturze typem twórczości lub też zapowiadać nowe zjawiska. Formułowanie manifestów literackich jest zjawiskiem charakterystycznym dla nowatorstwa literackiego, począwszy od przełomu romantycznego, a zwłaszcza dla współczesnych kierunków awangardowych. Manifest literacki może mieć postać traktatu poetyckiego, orędzia politycznego, rozprawy filozoficznej, ody”.

Sporo tych definicji. Ale przed obejrzeniem filmu (lub po) warto sprawdzić parę pojęć, pada ich w filmie co niemiara. Czy Guwernantka może napisać manifest? Dlaczego by nie. Dajcie mi czas, a następny wpis być może będzie moim manifestem o lifelong learningu, co Wy na to?

Mam w swojej biblioteczce nietypowy leksykon. Jest to leksykon ludzkich osobowości pod nazwą „Leksykon buntowników” Maxa Cegielskiego. Bo ktoś kto pisze, a potem ogłasza manifest, w  moim odczuciu jest buntownikiem. W filmie „Manifesto” zetkniemy się m.in. z manifestem surrealizmu i futuryzmu. Nie sposób w  jednym poście wymienić wszystkich bohaterów „Leksykonu…”. Ale warto w tym miejscu poruszyć temat pisania „protest song”, który też może zostać uznany za manifestację poglądów. Bo kto nie zna i nie zgodzi się z Czesławem Niemenem, że „Dziwny jest ten świat”? „Protestować” można śpiewając przeciwko wojnie, niesprawiedliwości, rasizmowi, kapitalizmowi, komunizmowi, recesji itp. itd. Dla zainteresowanych wrzucam link do 20 najbardziej znaczących protest songów minionego roku: https://www.billboard.com/articles/columns/pop/8063598/best-protest-songs-of-2017-top-20, a także (mówiąc „po trójkowemu”) „Top wszechczasów”:  https://musictodiefor.wordpress.com/50-greatest-protest-songs/ -aż 50 piosenek do przesłuchania!

Cate Blanchett mogłaby teraz stanąć w szranki z niejednym historykiem idei. Ma w jednym palcu tyle cytatów z manifestów… Swoją drogą ich nauka była zapewne bardzo trudna, zważywszy na niecodzienny język, artystyczne skojarzenia, wprost rewolucyjny duch zapisany kodem liter! Historia idei czy też historia intelektualna to ciekawa dziedzina wiedzy. Pisząc bowiem coś, jak nam się wydaje nowego, warto byłoby zrobić mały research, czy ktoś nie napisał już czegoś podobnego. Manifesty z reguły chcą coś zmienić. Ale czy „Słowo” ma taką moc? Chrześcijanie wierzą, że: „Na początku było Słowo…”. Być może zatem Słowo odgrywa tu kluczową rolę. Bo przecież na manifestacjach się krzyczy skanduje itd., są transparenty czasami z hasłami jak mini manifesty. Nie będę już wyjaśniać definicji „manifestacji”. Zakładam, że jest Wam znana, a jeśli nie, to macie od Guwernantki pracę domową.

Zachęcam do obejrzenia „Manifesto”. Konwencja filmu była dla mnie wciągająca. Jeśli ktoś lubi politykę czy sztukę, z pewnością film wzbogaci jego spojrzenie na te tematy. Z kinowego ekranu przemawia do niego sam artysta lub polityk. A chyba nie ma lepszego szukania przyczyn powstawania takiej czy innej sztuki niż u źródła. Plus brawo za kreację aktorską i oczywiście charakteryzację!