“Bitamina-Witamina-Endorfina”, czyli Guwernantka po koncercie zespołu Bitamina

“Zbuduję Ci dom
Będziesz miała schron
Taki szałas na hałas
I zasadzę brzozę tuż za rogiem
Żebyś latem miała cień
Zawiozę do szkoły każde z naszych dwudziestu pięciu dzieci i mowy nie ma, żebyś musiała wstać”

(“Dom” Bitamina)

Chyba nigdy nie przeczytałam i nie usłyszałam czegoś tak prostego i czułego jednocześnie. Zgodzicie się ze mną? Piosenka ta momentalnie wpada w ucho. Można słuchać jej w kółko i w kółko ją nucić. Pewnie za jakiś czas mi się to znudzi, ale zespół Bitamina ma dużo dobrych piosenek i dużo dobrych do nich tekstów.

Zespół Bitamina ma ciekawy początek swojego istnienia. W 2005 roku założyciele zespołu poznali się na obozie aktorskim Machulskich. Od tego momentu ich szczera przyjaźń i miłość do muzyki jest, w moim odczuciu, kamieniem węgielnym Bitaminy. To widać na scenie i słychać w wywiadach. No i przede wszystkim daje się to odczuć na koncertach. Mogę to mówić za siebie, bo niedawno na takowym byłam. Ze sceny sączyła się niezwykła charyzma wokalistów i muzyków.

Bitaminę tworzą Amar Ziembiński, Mateusz Dopieralski i Piotr Sibiński. Wiadomo, że każdy specjalista od muzyki musi jakoś zdefiniować twórczość danego zespołu muzycznego. Tak jest chyba zawsze. Dla fanów szufladki liczą się mniej, ale dla poprawności i profesjonalizmu 🙂 tego posta napiszę teraz jak fachowo określa się muzykę Bitaminy. A jest tego naprawdę sporo! Alternatywny pop z hip-hopem, jazz, reggae i elektronika. W tym eklektycznym duchu Bitamina wydała cztery płyty: “Listy Janusza”, “Plac Zabaw”, “C”, “Kawalerka”. Należy dodać, że do tej świetnej muzyki powstają równie świetne teksty, które są niesamowitą grą słów. Zresztą dowodzi tego fragment piosenki “Dom” na początku mojego posta.

Obejrzałam i wysłuchałam wywiadu dziennikarza Remigiusza Kadelskiego po koncercie Bitaminy na Co Jest Grane 24 Festival z 2018 roku. W wywadzie wypowiadają się Amar Ziembiński i Mateusz Dopieralski. Podsumowaniem tego wywiadu mogą być słowa: dusza, wrażliwość, autentyczność, emocje.

Amar Ziembiński mówi tak: “Robimy to, co z duszy wychodzi, to, co nam się podoba” czy po prostu w skrócie “Robimy swoje”.

Mateusz Dopieralski: “Staraliśmy się wejść na rynek. Okazało się, że to jest za niszowe, nie ma na to publiki. No dobra, to my zrobimy swoje, a wy róbcie swoje” czy “Staramy się pisać jak najbliżej siebie, jak najbliżej duszy”.

Warto dodać, że zespół Bitamina w żaden sposób nie zabiega o promocję czy obecność w Social Media. Dlatego cieszę się podwójnie, że ten zespół znam i mogę go Wam polecić w tym poście.

Można powiedzieć, że zespół Bitamina działa zdalnie. Mateusz Dopieralski mieszka na stałe w Niemczech i jest aktorem, który gra w teatrach. Co ciekawe, Amar Ziembiński produkuje ekologiczne sery i warzywa. Bo przecież Bitamina to Witamina. Zalecam zatem Wam dla zdrowia Bitaminę!

“Zanim świat zapragnął kawałek jej duszy””, czyli Guwernantka o sławie Amy Winehouse

Guwernanatka dalej podąża za triadą “talent, sława, pieniądze”. Po omówieniu przypadku Natalii Sikory, opowiem Wam teraz o Amy Winehouse. Zresztą obiecałam Wam już to w poście o jej tekściarstwie.

Natalia Sikora ma talent, nie zabiega o sławę i aby nagrać płytę, robi zrzutkę w mediach społecznościowych.

Jest taka jedna prawdłowość odnośnie każdego talentu. Ktoś wierzy w Twój talent i chce Ci pomóc, albo chce po prostu Ciebie wykorzystać i na Tobie zarobić. Tak było właśnie w przypadku Amy Winehouse. Wszystkie cytaty, które przywołuję w poście pochodzą z filmu “Amy” (reż. Asif Kapadia, 2015).

Przytoczę na początku słowa ojca Amy Winehouse, które w bardzo obrazowy sposób opisują sytuację wrażliwego artysty wystawionego na “tłum” fanów. Mówi on tak: “Amy była gwiazdą, którą otaczają paparazzi. Trzeba było olać płytę <<>Back to black>>. Mogliśmy za to zapewnić Amy profesjonalną pomoc, zanim świat zapragnął kawałek jej duszy“. Jakże to trafne stwierdzenie! Choć szczerze mówiąc, po obejrzeniu filmu ojciec niestety mało ją chronił. Amy powiedziała, że pójdzie na odwyk jak każe jej to ojciec. A on powiedział, że nie musi. Amy odpoczywała z rodziną i przyjaciółmi gdzieś w ustronnym miejscu, a jej ojciec w odwiedziny zabrał ze sobą całą ekipę telewizyjną (!).

W filmie dużo pada pytań o sławę.

Na samym początku filmu Amy mówi: “Śpiew był dla mnie ważny, ale nie sądziłam, że zostanę wokalistką. Myślałam, że może mi się poszczęści i trochę sobie pośpiewam. Ale nie przypuszczałam, że będzie to mój zawód”.

Ta wypowiedź mówi jedno: z triady “sława” i “pieniądze” Amy chciała mieć czysty “talent”, bo lubiła sobie po prostu pośpiewać.

“The Observer” pyta Amy:

Dziennikarz: “Myślisz, że będziesz wielką gwiazdą?

AW: Nie. Moja muzyka to zupełnie inna liga. Czasem chciałabym, żeby było inaczej. Ale raczej nie będę sławna. Nie poradziłabym sobie z tym. Pewnie bym zwariowała”.

Jak wiemy, talent Amy zachwycił wszystkich, nawet tych spoza “ligi”. Zaczynają się serie wywiadów. W jednnym z nich prezenter Kim Kash pyta:

KK: “Widzę, że niezbyt się wszystkim przejmujesz. Niektórzy artyści mówią: “Chcę być na szczycie listy, moja płyta ma zająć 1 miejsce, chcę zaraz nagrać drugą.

AW: Ja od razu skupiam się na kolejnym projekcie. Nie kojarzę sukcesu z triumfem wytwórni płytowej. Sukces daje mi swoboda pracy z wybranymi artystami”.

Sławna Amy próbuje sobie jakoś z tą sławą radzić. Mówi:

“Gdybym myślała że jestem sławna, to pewnie bym się zabiła. To przerażające. Naprawdę się tego boję”. Tak, Amy Winehouse była sławna, a Yassin Bey ocenia: “Wcale nie gwazdorzyła. Sukces nieomal ją zawstydzał. Trochę się bała tego, co ją czeka. Nie wiedziała, czy temu podoła”. A Monte Lipman dodaje: “W tej branży w żaden sposób nie można przygotować się na taki sukces. Nie ma podręcznika. Można ostrzec artystę, wstępnie go przygotować, ale fenomenu sławy nie da się do niczego porówniać”. W filmie przytoczony jest wywiad z Amy o jej sławie:

Dziennikarka: “Polubiłaś sławę?

AW: Nie wiem. Coś takiego jak sława nie istnieje.

Dziennikarka: Jak to? Przecież ty jesteś sławna.

AM: Nie wiem. To posrana bzdura”.

Amy Winehouse została przez sławę dosłownie przygnieciona. Mówi tak: “Gdy ludzie mnie poznają, zrozumieją, że umiem jedynie nagrywać piosenki. Dajcie mi spokój, bo pragnę zająć się muzyką. Chcę mieć na to czas“. Yasiin Bey ocenia wszystko tak: “Nie umiała sprostać wymaganiom, jakie nałożył na nią uzyskany sukces”. Terapeuta odwykowy Chip Somers wyjaśnia: “Gdy na szali leżą duże pieniądze i duże oczekiwania ludzie zaczynają odchylać się od normy. Usiłują poradzić sobie tak, żeby nie wpłynęło to na ich powodzenie finansowe”. W filmie padają również takie stwierdzenia: “Nie mogła uciec od życia w tej złotej klatce. Zaczęła obnażać swoje słabości, a media bezwzględnie to wykorzytywały”. Nick Shymanski oznajmia: “Nagle wszyscy robili sobie żarty z jej problemów z bulimią albo nałogu narkotykowego”.

I mamy tego obrzydliwe przykłady. Komik Frank Boyle tak opisuje Amy Winehouse: “Wygląda jak zdjęcie do kampanii na rzecz zaniedbanych koni”. Cała wypełniona po brzegi aula “rży” ze śmiechu. Jayo Leno również chce rozbawić swoją publikę żartami o Amy Winehouse: “Według strony contactmusic.com na nowym albumie Amy Winehouse będą piosenki o gotowaniu amfetaminy i heroiny”. Ludzie w studiu cali uchachani. Krótko przed śmiercią, Amy pokazała swojemu ochroniarzowi filmik z fragmentami swoich koncertów. Powiedziała wtedy: “Potrafię śpiewać!”. Ochroniarz odparł: “Jasne, że tak”. Amy: “Gdybym mogła to oddać w zamian za spokój, zrobiłabym to.”

Legenda jazzu Tony Bennett, z którym Amy niedługo przed śmiercią nagrała wspólnie piosenkę, mówił: “Była urodzoną, prawdziwą wokalistkę jazzową”.

Czy warto pragnąć sławy, robiąc to, co się kocha? Przypadek Natalii Sikory

Wiecie, co robię, kiedy wątpię, że istnieje coś takiego jak talent?

Słucham “Cry baby” Janis Joplin w wykonaniu i interpretacji Natalii Sikory. Chyba zdarza mi się to dosyć często, bo wideo z przesłuchań w ciemno The Voice of Poland odtwarzam co i rusz. I nie jestem w tym osamotnioa na naszym globie, bo uczyniło tak aż 8 milonów ludzi na świecie, a występ Natalii Sikory okrzyknięto jednym z najlepszych występów w światowej historii programu.

Jeśli nie znasz tego genialnego i fenomenalnego występu, lub też w tym momencie wątpisz czym jest talent,, posłuchaj:

Prawda, że sprawia to zachwyt i osłupienie, że tak w ogóle można śpiewać?

Prawda, że dziwi to, że Natalia Sikora nie jest gwiazdą, w powszechnym rozumieniu tego słowa, i można powiedzieć, że nie robi oszołamiającej kariery, która dałaby jej sławę i z pewnością pieniądze?

Dlatego kontekście Natalii Sikory postawiłam sobie pytanie, które zadaję na początku:

czy warto pragnąć sławy, robiąc, to, co się kocha?

Postanowiłam zrobić mały rekonesans, żeby nie powiedzieć research, o Natalii Sikorze.

I tak właśnie trafiłam na bardzo dobry artykuł Katarzyny Domagalskiej na Onet Plejada. Autorka pyta w tytule: “Po zwycięstwie w The Voice of Poland była nazywana polską Janis Joplin. Co słychać u Natalii Sikory?”.

Artykuł jest bardzo aktualny, bo opoblikowany w kwietniu tego roku. Zamieszczam link do całego tekstu. Onet obiecuje, że lektura trwa tylko 4 minuty 🙂

https://plejada.pl/newsy/wygrala-the-voice-of-poland-jak-potoczyly-sie-losy-natalii-sikory/3knqch3

A zatem Natalii Sikory nie interesuje komercja. I to z pewnością sprawia, że nie każdy ją zna. A ona sama na co dzień: “prowadzi spokojne życie w otoczeniu swoich ukochanych zwięrząt”, a “w wolnych chwilach artystka uprawia sport, dużo jeździ na rowerze, a także oddaje się oglądaniu filmów i czytaniu książek”.

Kiedyś czytałam komentarze pod wideo z przesłuchań w ciemno. Jeden w języku angielskim brzmiał mniej więcej tak: “Mam nadzieję, że robi ogromną karierę w swoim kraju”. Wtedy pomyślałam, że dyktuje to w sumie czysta logika. To, że sława i pieniądze Natalii Sikorze się należą.

I tu wracam do pytania: “Czy warto pragnąć sławy, robiąc to, co się kocha”?

Otóż absolutnie nie!

We wspomnianym artykule jest napisane takie zdanie:

“Piosenkarka, stojąc na scenie daje z siebie wszystko, pokazując całą paletę emocji”.

I ja się pod tym podpisuję! Widziałam kilka występów Natalii Sikory na żywo. Kiedy dowiedziałam się, że Natalia Sikora da koncert w jednym z warszawskich klubów, od razu kupiłam bilet. Chciałam mieć dobre miejsce pod sceną, dlatego pojechałam wcześniej, spodziewając się tłumów. I wiecie co? Nie było nikogo, a ja przesiedziałam sporo czasu na ławce na pobliskim przystanku.

W czasie koncertu przeżyłam szok. Klub był prawie pusty! A nie należał on do rozmiarów Stadionu Narodowego. Czasami patrzyłam na śpiewającą Natalię i “luki” w publice i było mi trochę nawet smutno. A ona dosłownie zdzierała sobie gardło! Tańczyła, krzyczała, śpiewała. Miała na sobie tę samą czarną sukienkę z frędzlami, co na występie na przesłuchaniach i była chyba na boso.

Dlaczego dawała z siebie wszystko? To proste. Jak ktoś kocha śpiewać, to zaśpiewa identycznie dla 5 jak i 50 czy 500 osób. Bo on to robi w sumie tylko dla jednej osoby – dla siebie.

Drugim moim zetknięciem się na żywo z Natalią Sikorą był jej spektakl “Natalia Sikora śpiewa Norwida” w Teatrze Polskim. Dobrze, że miałam ze sobą chusteczki.

Uwielbiam płytę “Zanim”, “Bwb experience” już mniej. Teraz Natalia Sikora zbiera pieniądze w swoich mediach społecznościowych na wydanie płyty, bo żadna z wytwórni fonograficznych nie jest nią zainteresowana. Trzymam kciuki za zrzutkę i czekam na płytę!

Na koniec “smaczki” w “internetach” o Natalii Sikorze:

Pomponik:

“Natalia Sikora czeka na lepsze czasy. Co słychać u uczestniczki The Voice of Poland?

Plotek:

“Natalia Sikora zwracała uwagę ogoloną głową. Ma już nową fryzurę. <<To przecież nie ona!>>”

“Natalia Sikora wszczepiła sobie implanty w czoło? Wygląda demonicznie, a jej menadżerka na to…”

A już naprawdę na sam koniec link do ciekawego wywiadu z Natalią Sikorą:

http://meakultura.pl/artykul/w-tym-jest-sluszna-moc-wywiad-z-natalia-sikora-1213

Życiopisanie według Amy Winehouse, czyli Guwernatka słucha i czyta

Sama zaczęłam się ostatnio zastanwiać, dlaczego tak często i tak długo słucham Amy Winehouse. Czasami mówiłam sobie: “Zmień płytę” i mój Spotify szukał alternatywy dla Amy Winehouse. Ale to był istny nokaut. Po pierwszej sekundzie wyłączałam “nową płytę” i wracałam do Amy. Była mi potrzebna.

Właśnie obejrzałam film dokumentalny “Amy” (reż. Asif Kapadia, 2015), który mnie wzruszył i mną wstrząsnął. Film na podstawie jej życia zainspirował mnie do napisania dwóch postów o tej artystce. Pierwszy poświęcę tematowi pisania własnych tekstów piosenek przez wykonawców. Bo Amy Winehouse to życiopisanie, tak jak mówiło się o Osieckiej. Zapowiadam też drugą odsłonę Amy – sławnej dziewczyny, która nie pragnęła sławy. Chciała tylko śpiewać.

Wojciech Młynarski – genialny polski tekściarz – mówił, że lepiej jest, kiedy teksty pisze zawodowy tekściarz, że ich jakość jest wtedy lepsza. Można się z tym zgodzić. Na polskiej scenie muzycznej nie każda piosenkarka ma polot Katarzyny Nosowkiej czy Edyty Bartosiewicz. Ale jedno wiem już na pewno. Na świecie wśród zagranicznych wokalistek uznaję, że teksty Amy Winehouse dokładnie do mnie trafiają i można z nimi jak najbardziej się utożsamiać, choć Amy zawsze pisała tylko o sobie:

“Zawsze piszę o sprawach osobistych. Nie umiem mówić o czymś, czego nie przeżyłam. Nawet jeśli moje refleksje są smutne, nigdy ich tak nie zostawiam. Zawsze dodaję jakąś puentę. Dlatego moje piosenki są oryginalne”

Tak, słuchając jej piosenek słucha się jej pamiętnika. Pisała bardzo intymnie, o nieudanych związkach, odwyku. Pisała i tworzyła dla siebie, bo jak mówi w filmie:

“Piszę piosenki, bo mam zryty mózg i muszę to przelać na papier. To mi pomaga. Ze zła powstaje dobro”.

Swoje cierpienie układała w rymy. To naprawdę piękne teksty. W filmie ktoś bardzo słusznie zauważa:

“Jej talent poetycki i melodyczny dowodził, że jej młode ciało kryło bardzo starą duszę”.

Podobnie uważa jej producent Salaam Remi:

“Miała stylistykę 65-letniej wokalistki, która wie, o co chodzi. Osiągasz to, mając 18 lat. Do czego dojdziesz, gdy skończysz 25?”.

Każdy wiedział, że Amy ma depresje, bulimię, problemy z alkoholem i narkotykami. O tym mówiła sama, jak wtedy:

“Nie wiedziałam, co to jest depresja. Czasami czułam się dziwnie i byłam inna. Chyba dlatego zaczęłam pisać piosenki”.

W innym miejscu filmu słyszę jej wypowiedź:

“Wcale nie jestem mocno pokręcona. Wiele osób z depresją nie potrafi dać upustu emocjom. A po jednej godzinie gry na gitarze człowiek czuje się lepiej”.

I Amy pisała, pisała, pisała. Mówiła nawet: “Chciałabym całymi dniami pisać piosenki”.

Pisanie tekstów piosenek ciężko wsadzić w ramy 8-godzinnego etatu. Zwłaszcza, jeśli tak jak Amy, pisze się o sobie. “Szefem” tekściarza są różne rzeczy m.in. wena, nastrój, potrzeba, pieniądze etc. Amy była wrażliwa. Emocje układały jej późniejsze single.

“Gdy napisałam pierwszą piosenkę o Blake’u, kolejne pisały się same. Byłam na fali. Uczucia i słowa kłębiły się wokół mnie. Gdy pisze się piosenkę, trzeba pamiętać uczucia, jaka była pogoda, jak pachniała jego szyja. Trzeba pamiętać wszystko”.

Blokady twórcze istnieją. Czasami niedrożność twórczości powoduje sława i presja. Amy Winehouse tego właśnie doświadczyła. Na Festiwalu B-live w Londynie dziennikarka pyta się jej:

Dziennikarka: Co u ciebie? “Frank” wyszedł w zeszłym roku i od tamtej pory nie słyszeliśmy nic nowego. Kiedy kolejny singiel?

Amy Winehouse: Nie myślę o tym. Pracuję nad nowym albumem.

Dziennikarka: Brakuje ci weny?

Amy Winehouse: Tak, ciężko mi się teraz pisze. Można napisać milion rzeczy, ale żadna nie będzie dobra. I właśnie się staram.

To bardzo rzadkie, żeby artysta mówił prawdę tak wprost, że ciężko mu idzie tworzenie. Amy nie tylko była pytana o to, kiedy będzie coś nowego. Często czepiano się jej tekstów i porównywano z innymi wokalistkami. To fragment jednego z takich “porównawczych” wywiadów:

Dziennikarka: Każda kobieta, która pisze o tych rzeczach nagrywa płytę i jest po sprawie. Spójrz na Dido. Dzięki tej płycie opróżniła swoją emocjonalną szafę.

Amy Winehouse: Naprawdę?

Dziennikarka: Jasne. Opowiada tylko o zerwaniach i o tym, jak je przetrwała, o tym jak nie poszła na dno. Ale Dido, to Dido…

Post o Amy-tekściarce chcę zakończyć treścią jej wiadomości nagranej na automatycznej sekretarce producenta Salaama Remi w rok przed jej śmiercią:

“Cześć Skarbie. Mówi Amy. Salaam, wciąż piszę rapowe teksty, zapisuję całe strony tekstu w stylu Wu-Tang Clan. Zgrabne, freestylowe monologi z pięknymi aliteracjami. Gdybyś teraz chciał stoczyć ze mną bitwę rapową, to cię wykończę, bo jestem juz samurajką. Zanim spytasz, czy jestem zalana albo naćpana i co ja wyprawiam. Tak, uwaliłam się. Na maksa. I wciąż chodzą mi po głowie te nowe teksty. Nie wiem czemu… Pewnie wejdą na nowy album. Odważ się sensei. Zróbmy to. Całuję. Część”.

Jak fajnie czytało się biografię Kieślowskiego, czyli Guwernantki wrażenia po lekturze

Niedawno przeczytałam kawałek historii kina, Polski i wyjątkowego bohatera. O kim mowa? Piszę o biografii Krzysztofa Kieślowskiego napisanej przez Katarzynę Surmiak-Domańską pt. “Kieślowski. Zbliżenie”. To naprawdę fascynująca i wciągająca lektura. Autorka wykonała ogromną pracę reporterską. Kieślowski jest w jej książce jak aktor wokół którego krąży kamera. Patrzy jej prosto w twarz. A może czasami wlepia wzrok w podłogę? Chcę tu podkreślić do jak wielu archiwalnych materiałów i aktualnych wypowiedzi udało się dotrzeć Katarzynie Surmiak-Domańskiej. To naprawdę spory wysiłek, by na ponad 600 stronach, opisać człowieka uważanego już za życia za legendę.

To historia chłopca, który w dzieciństwie tułał się po prewentoriach, bo jego ojciec chorował na płuca. To również uczeń Liceum Techniki Teatralnej w Warszawie i, po kilku nieudanych próbach, student reżyserii filmowej w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej w Łodzi.

Co zostanie we mnie po lekturze biografii Kieślowskiego?

Jeśli w coś się wierzy i coś robi się dobrze, sukces przyjdzie w swoim czasie. O ile zachowasz wiarę, ciężko pracujesz i masz pokorę.

Filmy Kieślowskiego często dzieliły krytykę. Można powiedzieć, że do momentu europejskiego i światowego sukcesu, Kieślowski nie za często mógł w prasie czytać peany na swoją cześć. To go jednak nie zrażało. W biografii jednak jego przyjaciele wspominają, że krytyka go bolała.

Nikt nie zarzuci Kieślowskiemu, że nie pracował ciężko. Tutaj akurat Mistrz przeginał. Znajomi mówią, że “zarzynał się pracą”. To prawda, pracował wyjątkowo niehigienicznie. Kilka bądź kilkanaście godzin na planie; kilka bądź kilkanaście godzin w montażowni (Kieślowski uwielbiał moment montażu swoich filmów). Mało przerw na jedzenie, papieros za papierosem, kawa za kawą. Kiedy już sławny i znany kręcił filmy we Francji, nie mógł zrozumieć tego, że Francuzi w porę najlepszego słońca robią przerwę na obiad.

Był na szczycie. Doceniony, podziwiany, kultowy, genialny. Miał moim zdaniem szczęście do historii. Jego najlepszy czas w karierze przypadł na przełom lat 80. i 90. Runął mur berliński. Zachód był ciekawy Wschodu jeszcze bardziej niż wcześniej. Szukał kogoś kto mu o nim opowie, pozwoli lepiej zrozumieć. I tu pojawia się Kieślowski. Jego rozumienie metafizyki i rodzaj słowiańskiej duszy to coś nowego i świeżego w europejskim kinie.

Nagrody za nagrodami. Laury za laurami. Sukces zawodowy i finansowy. Najlepsze aktorki na wyciągnięcie ręki, a taśmy filmowej w bród. Tylko dlaczego Kieślowskiego to nie cieszy? Wszyscy, którzy go znali i wypowiadają się w biografii Katarzyny Surmiak-Domańskiej podkreślają, że Krzysztof Kieślowski był z siebie cały czas niezadowolony. To smutne, prawda?

Zmarł na serce, które dało mu kredyt na zaledwie 55 lat. Wolę nie myśleć, jak wiele pięknych filmów mógł jeszcze zrobić. Wyobrażam go sobie, że rzuca palenie, je obiad z Francuzami, a w nocy śpi. Ale czy wtedy jego filmy nadal wyglądałyby tak, jak dyktowało mu serce i jego własny niepowtarzalny styl?

Kisiel, brakuje tu Ciebie.

Bo Queen jest jeden, czyli Guwernantka o Freddim Mercury

Stan faktyczny na 29.03.21: playlista na Spotify: Queen; YouTube: teledyski Queen; CDA: film “Bohemian Rhapsody”; Lektura: artkuły o Freddim Mercurym w Internecie.

Co oznacza właśnie taki stan faktyczny? Tylko jedno. Guwernantka bierze na warsztat Freddiego Mercurego.

“Moja dusza jest pomalowana jak skrzydło motyli/wczorajsze baśnie urosną, lecz nigdy nie zginą/mogę osiągnąć sukces moi przyjaciele” (“Show must go on” Queen)

Styl ubioru i ekstrawaganckie zachowania frontmana Queen ,obok talentu, uczyniły z niego postać nieśmiertelną i kultową.

Na początek cytat z samego Freddiego Mercuriego:

“Blichtr jest częścią nas. Chcemy być dandysami. Chcemy szokować i wywoływać skandale”

Jestem pewna, że Freddie Mercury był geniuszem. Jego eklektyzm w każdej formie, czy to muzycznej czy wizerunkowej, ma znamiona jakiegoś tajemniczego objawienia. Nikt przed nim taki nie był. On był człowiekiem wyjątkowym i nie bał się nim być, a nawet więcej: dawał odwagę innym. Na przekór wszystkim, od krytyków poczynając. Pewnie płacił za to cenę, ale odniósł sukces sprzedając ze swoim zespołem 300 milionów płyt na całym świecie. Kochały go tłumy. Również za goły tors i koronę na głowie jak przystało na Queen.

Po obejrzeniu filmu “Bohemian Rhapsody” (reż. Bryan Singer, Dexter Fletcher, 2018). Na filmie widzę jak aktor Rami Malek odegrał go jako pewnego siebie, trochę aroganckiego ekstrawertyka. Ale kiedy stadiony pustoszały i trzeba było ubrać piżamę, Freddie jest samotny i otoczony fałszywymi przyjaciółmi, którzy chcą upić trochę szampana z jego kieliszka.

Wszyscy fani Freddiego Mercurego na świecie chcieliby wiedzieć jedno: gdzie spoczęły jego prochy? Czy nie byłoby super pielgrzymować do grobu idola? Tajemnicę tę zna tylko Mary Austin, była partnerka, przyjaciółka i spadkobierczyni.

Ale w Polsce udało się w jakimś stopniu oddać hołd Freddiemu Mercuremu. Jak? Wybierz się, Drogi Czytelniku, w okolice ambasady Hiszpanii na równoległy do Myśliwieckiej łącznik ul. Kawalerii i al. Józefa Nojiego przy Kanale Piaseczyńskim w Warszawie. Tam odnajdziesz ulicę jego imienia.

Na koniec: naprawdę Freddie Mercury nazywał się Farrokh Bulzar i był Parsem, urodzonym w 1946 roku na Zanzibarze. Zmarł w 1991 na AIDS. Freddie Mercury jest patronem fundacji, która zbiera pieniądze na walkę właśnie z AIDS. Nazywa się The Mercury Phoenix Trust. Fundacja organizuje “Freddie for a Day”. Wygląda to tak, że wolontariusze przebierają się za Mercury’ego i kwestują. Piękne i pożyteczne uczczenie jego pamięci. Znacznie lepsze od peregrynacji na jego grób. Gdziekolwiek on jest.

Recenzja serialu “Osiecka”, czyli Guwernantka bawi się w krytyka

W poprzednim poście obiecałam Wam moją recenzję serialu “Osiecka”. Oto ona:

SCENARIUSZ

Po raz pierwszy oglądając film poczułam dotkliwe zażenowanie na seansie “Kogiel mogiel 3” w Multikinie. Miałam nadzieję, że z tym uczuciem rozstałam się na długo. Okazało się, że aż do momentu serialu “Osiecka”. Całkowicie na przykład rozbił mnie dialog młodej Osieckiej z matką, kiedy szukały ojca. W pewnym momencie Agnieszka proponuje: “Może pójdziemy na milicję”. Na to matka chwyta się za głowę, mówiąc: “Ale ja mam brudne włosy”. I takich “perełek” jest więcej. Często dialogi brzmią w ustach aktorów sztucznie, a widz ma wrażenie, że sam aktor wypowiada je z niechęcią. To straszne, ale ja tak to odczuwałam i piszę to co czuję, czego doświadczałam przez 13 niedziel z rzędu.

Przeczytałam na wyborcza.pl wywiad Jacka Szczerby ze scenarzystą Maciejem Karpińskim pod wiele mówiącym tytułem: “<<Osiecka>>: Jestem wkurzony. Reżyser wykreślił i dopisał swoje, a moje nazwisko jest szargane”. W wywiadzie scenarzysta wyznaje:

“Starałem się, żeby bohaterowie mówili dowcipnie i błyskotliwie, tak jak mówiło się w tamtym środowisku, gdzie każdy starał się rzucić jakiś bon mot. Dbałem o dialogowe puenty. W wielu miejscach zamieniano je w równoważniki zdań, w prymitywne odezwania się. Bez wybrzmienia, bez żartu, bez lekkości”.

AKTORKI

Jestem zachwycona młodą Osiecką, czyli w filmie Elizą Rycembel. To aktorka inteligentka w każdej sekundzie i w każdym wyrazie, a nawet głosce. Kiedy patrzyłam jak gra, widziałam na jej twarzy… MYŚL. Eliza Rycembel wypowiadała swoje teksty tak, jakby wymyśliła je sama na poczekaniu i do tego mówiła je po raz pierwszy w życiu. Coś fenomenalnego!

Starsza Osiecka – Magdalena Popławska – to również strzał w dziesiątkę. Tu miła dla oka jest nie tylko gra aktorska Popławskiej, ale dodatkowo jej wizualność. Ona fizycznie przypomina Agnieszkę Osiecką. Widz ma wrażenie, że patrzy na tę prawdziwą poetkę i bardziej wszystko do niego dociera.

Na wyborcza.pl przeczytałam artykuł Jarka Szubrychta pt. “<<Osiecka w TVP. To nie jest serial dla młodych ludzi>>” dziennikarz tak pisze o obsadzie aktorskiej serialu:

“Obsadzenie sprawdzonej w <<Bożym Ciele>> Elizy Rycembel w roli młodej Osieckiej (w starszą w dalszych odcinkach wcieli się Magdalena Popławska) to doskonały pomysł. Utalentowanej aktorce powinno się jednak dać czas i przestrzeń na zbudowanie postaci – nie przez recytowanie cytatów (nieważne, czy mówi bardziej “Dziennikami”, czy wywiadami, ale rzadko językiem prawdziwej młodej dziewczyny), tylko przez działanie oraz interakcję z innymi bohaterami”.

SCENOGRAFIA

Zdecydowanie nie czułam się przeniesiona do dawnej epoki. Scenografia jest bardzo oszczędna, żeby nie powiedzieć skromna i uboga. To wszystko nie cieszy oka. Nie znam budżetu tego serialu, nie wiem na ile to wina braku pieniędzy czy pomysłu?

NA THE END

Na koniec znów zacytuję Jarka Szubrychta, który pisze:

“<<Może nie da się zrobić filmu o czymś takim? >> – zastanawia się profesor łódzkiej Filmówki, oceniając nieudane próby reżyserskie Agnieszki Osieckiej usiłującej nakręcić dokument o pracy STS-u. Przyszła mi wtedy do głowy myśl, że może po prostu zbyt dużo oczekiwałem. Może nie da się zrobić serialu dla masowej publiczności o poezji, nawet jeśli jej autorka wiodła barwne, burzliwe życie. Ale skoro o szachach się dało…”

I ja też Moi Drodzy za dużo oczekiwałam. Mogę krytykować ten serial w trzech kolejnych postach. Tylko po co? Serial ożywił krytyków, ale ożywił również życie oraz twórczość Agnieszki Osieckiej w Polsce Anno Domini 2021. Wszystko zawsze można zrobić lepiej. Nie wszystko wszystkim się podoba. W całej tej sytuacji cieszy mnie jedno: że komuś chciało się napisać scenariusz, zrobić casting i wyreżyserować ten serial. Bo Agnieszka Osiecka na to zasługiwała. Jak napisał Tadeusz Sobolewski w jednym z artykułów o serialu “Osiecka” na wyborcza.pl: “Piosenki Osieckiej, Przybory i Młynarskiego były literaturą”. Jaką mam dla Was puentę? Może kolejny serial o Wojciechu Młynarskim?

Osiecka, czyli Guwernantka pisze o poetce, która pisała jak z nut

Miałam bzika na punkcie Osieckiej jeszcze na długo przed serialem o niej. Kupiłam sobie pięknie wydaną książkę “Agnieszka Osiecka najpiękniejsze wiersze i piosenki”. I wiecie co, ta książka przypomina mi Biblię. Ma mniej więcej jej wymiary, porządną grubą czerwoną okładkę i złote litery. I mamy naprawdę pełne wrażenie, że obcujemy z czymś boskim. Wiecie co Wam powiem? Przeczytałam tę “biblię” od deski do deski. 665 strony. I chętnie przeczytałabym ją od nowa! Bo Osieckiej nie da się “zaczytać”. Ją można tylko przeżywać. To wdrukowane w celulozę emocje, które czekają na wrażliwców, takich jak ona – Osiecka.

Bardzo cenię to, co robi córka Agnieszki Osieckiej – Agata Passent i jej fundacja Okularnicy. Dorobek matki pielęgnowany przez córkę. Piękne. To zatem pani Agacie Passent zawdzięczam świetny Notes Agnieszki Osieckiej, który był ze mną przez 365 dni w roku 2018.

Fundacja Okularnicy prowadzi szeroką działalność. Wystarczy odwiedzić ich stronę internetową (https://okularnicy.org.pl/). Chcę tylko wspomnieć o wyjątkowej płycie (a raczej płytach) “Osiecka w popkulturze”. To pięknie wydana kolekcja czterech płyt, Agnieszka Osiecka w: teatrze, telewizji, filmie i kabarecie. Piękne interpretacje i aranżacje! Do płyt dołączona jest mała książeczka z informacjami, których znajomość uczyni odbiór twórczości Osieckiej bardziej pełnym.

Na długo przed serialem o Osieckiej przeczytałam m.in. “Potarganą w miłości: o Agnieszce Osieckiej” Uli Ryciak, “Lubię farbować wróble” Agnieszka Osiecka [z rozmów stworzyła Violetta Ozminkowski] czy “Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze” w redakcji Magdy Umer. Na podstawie tej ostatniej książki obejrzałam w Teatrze Polskim w Warszawie świetny spektakl.

Po wszystkich tych lekturach wiedziałam jedno: o Agnieszce Osieckiej powinien powstać film. I tak czekałam na to aż ktoś z większymi niż moje możliwościami tego dokona. Prasowa informacja o tym, że będzie przez TVP kręcony serial o Osieckiej, przyjęłam z radością.

Obejrzałam wszystkie 13 odcinków serialu “Osiecka”. Już wkrótce napiszę o tym serialu osobny post. Jedno jest jednak pewne: o Osieckiej się teraz dużo mówi, pisze i jej słucha. To wspaniałe!

Robiąc zakupy w drogerii wpadła mi w ręce książka “Osiecka. Tego o mnie nie wiecie” Beaty Biały. Nie zastanawiałam się długo nad zakupem i włożyłam ją do koszyka obok pasty do zębów. Dzięki niej przeczytałam wiele wywiadów, w których głos zabrali przyjaciele poetki jak Maryla Rodowicz czy Krystyna Janda. Wybrałam dla Was ciekawe cytaty z tych wywiadów. Zachęcam do lektury całej ksiązki “Osiecka. Tego o mnie nie wiecie” Beaty Biały.

Inne cytaty z książki “Osiecka. Tego o mnie nie wiecie” Beaty Biały:

  • “Do pisania potrzebny był jej tylko kawałek papieru” (Jacek Mikuła)
  • “Miała dar czerpania scen z życia codzienności i uwznioślania tych obserwacji. Potrafiła poetyzować rzeczywistość” (Maria Szabłowska)
  • “Jej tekst właściwie sam napędzał muzykę”; “Wielka satysfakcja ze współpracy z Agnieszką polegała na tym, że poetka dostarczała inspiracji” (Jerzy Satanowski)
  • “To, co mówiła, było literackim tekstem gotowym do druku, prawdę mówiąc, jej życie też”; “Ona była ponadczasowa, bez wieku, kalendarz jej nie dotyczył”; “Żyła jak chciała”; “Była poza czasem” (Ewa Zadrzyńska)
  • “U niej nigdy nie jest letnio, każdego dnia musi wybuchnąć pożar” (Zuzanna Głowacka)
  • “Miała alchemiczną zdolność do przemieniania szarości świata”; “Przebywanie z Agnieszką było jak przebywanie w bajce”; “Pisała bardzo szybko, bez wysiłku, bezustannie” (Michał Kott)
  • “Agnieszce najbardziej w życiu chodziło o to, żeby ludzie ją kochali. A jak już kochali, to ich lekceważyła. Kochała tych, co jej nie kochali”; “Agnieszka była petentką w miłości. Nigdy nie występowała z pozycji siły, zawsze była prosząca. W miłości była głupia. Dobre określenie i jedyne. Bez instynktu, bez wdzięku” (Hanna Bakuła)

Film o czwartej nad ranem, czyli Guwernantka wschodzącym słońcem kina

Dzisiaj wstałam nad ranem. W środę wykupiłam na VOD dwudniowy dostęp do filmu “The Square” (reż. Ruben Östlund, 2017). Jest piątek. Musiałam obejrzeć ten film dzisiaj do godziny 18.00. Jak już pisałam, wstałam nad ranem. Księżyc był w pełni, a ja po umyciu zębów usiadłam przed laptopem i zaczęłam ogladać film.

Akcja filmu ma miejsce w Szwecji. Jak ja uwielbiam słuchać języków skandynawskich! Aż przez myśl przebiega mi, żeby któregoś z nich się nauczyć. Główny bohater zawodowo jest dyrektrem muzeum sztuki współczesnej. Prywatnie to rozwodnik, który ma dwie córki. Christian przygotowuje się właśnie do ważnej wystawy pod takim samym tytułem jak film – “The Square”. Zamysł wystawy to następujący tekst: “Ten kwadrat jest azylem zaufania i troski. W jego obrębie wszyscy mamy równe prawa i obowiązki”. By lepiej wypromować wystawę X-Royal Museum korzysta z usług agencji reklamowej. Co z tego wyniknie?

Czy Christiana czeka zawodowa porażka? I co z młodą dziennikarką z USA?

Jednym z ważniejszych wątków w filmie pojawia się na początku. Christan został okradziony na ulicy. Chce odzyskać portfel i telefon. Czy mu się to uda i jakie będą tego konsekwencje?

Film nie jest nowy, ma 4 lata. Pamiętam, że chciałam go obejrzeć w ramach Dyskusyjnego Klubu Filmowego “Ósemka” w moim mieście Włocławku. Niestety to przegapiłam. Ale jak widać, braki nadrobione.

Film trwa 2 godziny 25 minut. Był wczesny ranek, a ja nie piłam jeszcze kawy. Obawiałam się, że będę przez to pszysypiać. W żadnym wypadku! Fabuła bardzo trzyma w napięciu. Widz zgaduje co dalej. Czasami przewidywałam banalne rozwiązanie intrygi, a tu zaskoczenie – piękne i naturalne rozwiązanie, które swoją prostotą zaskakuje.

Film ma świetne dialogi. Są naturalne i wiarygodne, a nie sztuczne i pretensjonalne. Przyjemność w oglądaniu jest ogromna.

Jeśli chodzi o gatunek, jest to dramat/komedia. I ten trudny balans zostaje perfekcyjnie utrzymany. Naprawdę WOW.

Film prezentuje świat sztuki, życie człowieka jeżdżącego Teslą i społeczeństwa szwedzkiego. To kino wybitne. Obejrzyjcie koniecznie!

Gareth Jones wielkim dziennikarzem był, czyli Guwernantki rozmyślania o dziennikarstwie

Jako mała dziewczynka bawiłam się w dziennikarkę. Mając 7 czy 8 lat, założyłam własną gazetę „Woman”. Była to gazetka głównie o modzie. Na Święta otrzymałam od Świętego Mikołaja „Rewię mody”. To przyrząd, dzięki któremu za pomocą specjalnych wzorów, projektowałam, odznaczałam kontury modelek, a na koniec je kolorowałam. Następnym krokiem było ich wycinanie i wklejanie do gazetki. Obok tych małych rysuneczków wpisywałam swoje artykuły.

W gimnazjum przyszedł czas na szkolną gazetkę. Wtedy właśnie chciałam zostać dziennikarką. Podczas wycieczki do Warszawy kupiłam w księgarni książkę „Dziennikarstwo i świat mediów” pod redakcją Zbigniewa Bauera i Edwarda Chudzińskiego. Po 16 latach wracam do tej lektury. Dlaczego?

Powodem jest to, że obejrzałam film Agnieszki Holland „Obywatel Jones” (2019). To historia walijskiego dziennikarza Garetha Jones’a, którego nurtuje to, dlaczego ZSRR stać na gwałtowną modernizację. Jego młodzieńcza odwaga i idealizm karzą mu jechać w 1933 roku do ZSRR, aby odkryć prawdę. Chce on dokonać prawie niemożliwego – przeprowadzić wywiad ze Stalinem. Choć to mu się nie uda, dokona czegoś większego. Owego Stalina zdemaskuje, ujawniając światu prawdę o Hołodomorze – wielkim głodzie na Ukrainie.

Według Janusza Wróblewskiego z “Polityki”, to jeden najlepszych filmów Agnieszki Holland. Tadeusz Sobolewski z wyborcza.pl już w samym tytule recenzji pisze: “Obywatel Jones to nie film historyczny o piekle lat 30. To paląca aktualna rzecz wychylona w przyszłość“. Swój artykuł kończy pisząc: “Choć film opowiada o latach 30., to ukazane w nim piekło każe się zastanowić nad naszą przyszłością. Internet nie obalił barier informacyjnych. Nie przyniósł zwycięstwa prawdy. Nie znikła cenzura ani powszechna inwigilacja. Widz filmu Holland zostaje poddany próbie medialnego chaosu, aby pojąć, co znaczy, że „prawda jest jedna”. Sama reżyserka przyznaje: “Dzisiaj nie brakuje nam skorumpowanych konformistów i egoistów. Brakuje nam jednak Orwellów i Jonesów. Dlatego to właśnie ich powinniśmy przywrócić do życia”.

Po obejrzeniu tego filmu zaczęłam zastanawiać się nad zawodem dzienikarza. Pierwsze zdanie Wikipedii na ten temat mówi: “Dziennikarz/dziennikarka to osoba zajmująca się przygotowaniem i prezentowaniem materiałów w środkach masowego przekazu”. Trudną z taką definicją dyskutować. Ale każdy z nas wie, że bycie dzienikarzem to misja, pasja i wiele jeszcze innych rzeczowników.

Sięgam do wspomnianej książki o dziennikarstwie. Czytam rodział “Dziennikarstwo – zawód czy wyzwanie” Teresy Sasińskiej-Klas. Już na samym początku autorka stwierdza: “(…) dziennikarstwo pojmowano jako wyzwanie, któremu był w stanie sprostać jedynie odważny, utalentowany i przebojowy człowiek”. I właśnie taki był Gareth Jones. Sasińska-Klas pisze dalej: “Wiarygodność dziennikarza, rzetelnie przedstawione informacje, wnikliwe i trafne komentarze legitymizują ten zawód , podobnie jak trafne diagnozy medyczne – pracę lekarza, czy skuteczne działania wojskowe – pracę strategów wojskowych”. W dalszej części autorka podsumowuje wymagania do zostania dzienikarzem w jednym z amerykańskich podręczników dla studentwów dzienikarstwa. Na tej liście nie zabrakło ciekawości i inicjatywy. I te dwie cechy miał bezdyskusyjnie Gareth Jones.

Kolejny rozdział książki, który przeczytałam ma tytuł: “Kodeksy etyki dziennikarskiej” autorstwa Walerego Pisarka. Autor pisze w nim o dekalogu Międzynarodowej Unii Stowarzyszeń Prasowych z roku 1936. Przytoczę tylko kilka jego punktów. Dziennikarz godny swojego miana powinien:

“4. uświadamiać sobie, że różne warunki historyczne implikują różne rozwiązania ustrojowe; 5. powstrzymywać się przed powierzchowną krytyką innych narodów, państw i ich głów; 7. uznawać prawo innych do propagandy obrony narodowej; 9. zwalczać ideę, że niektóre spory może rozstrzygnąć tylko wojna; 10. upowszechniać wiarę, że większość narodów pragnie żyć w pokoju”. Prawda, że ciekawe?

Na koniec dodam, że film otrzymał 2 nagrody na 44. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. W konkursie głównym otrzymał nagrodę dla najlepszego filmu Złote Lwy oraz za najlepszą scenografię dla Grzegorza Piątkowskiego.