Długi. Bardzo długi POST, wprost na czas przed WIGILIĄ, czyli o tym jak się rodzę po 29 latach na bogato i nie robię z tego szopki, tylko tego… No czytajcie! Bo nie chcę się wygadać już w tytule, bo ja nie jestem plotkara, ale dyskretny człowiek. Bo mówią: „Żyje się raz”, a ja: „Tylko raz się jest CZŁOWIEKIEM”! Na Mikołajki, dla Ciebie, ten skromny, długi, wpis.

Od 9 lat kupowałam sobie na przełomie września i października kalendarze akademickie. Są kalendarze nauczycielskie, a ten akademicki odpowiadał najlepiej moim studenckim potrzebom organizowania życia od sesji do sesji. Ale mój kalendarz na rok 2018 był i, jeszcze przez ten ostatni miesiąc w roku jest, wyjątkowy. Bo to nawet nie kalendarz, ale… Notes. Notes Agnieszki Osieckiej!

Pierwsza strona: „Notes artystyczny na … r. należy do …”. Ale jak to? To ja mam wpisać sobie rok sama? Może wpiszę jakiś dobry, udany i sprawdzony z przeszłości np. 2015? A może sobie zaprojektuję przyszłość? I od razu wskoczę w cekinową kieckę lat 20. XXI w. w Paryżu na Montmartre?

Nie. Podejmuję to wyzwanie czasów najtrudniejszych, teraźniejszych. „2018/Eliza” ołóweczkiem niepewnie kreślę. Czyżbym chciała kiedyś wymazać gumką ten rok ze swojego życiorysu? „Któż to wie?” – odpowiada mi Osiecka. A zatem szłam przez 12 miesięcy z tym notesem totalnie nieporęcznym. Jest jak wielka, gruba książka, ale piękny. I choć sama musiałam wpisywać dni tygodnia, rekompensatą była rozmowa z nią – Agnieszką Osiecką. Czytanie jej zapisków, tekstów piosenek, oglądanie zdjęć pamiątek i jej portretów – Wielkiej Artystki. „To był dla mnie zaszczyt, Pani Agnieszko, że mogłam Panią bliżej poznać. Ale wie Pani co, po tych zgoła 12 miesiącach ja poznałam samą siebie!”.

Bo pisanie jest jak rozmowa z samym sobą. Myśli bywają nieuczesane, w gonitwie, w biegu. A słowo stoi jak wół na papierze, choć ludzie nazywają je bykiem! I dobrze czynią, bo ja byk zodiakalny, majowy, dokładnie z tej  jutrzenki 3 – majowej. I od dziecka byłam z ortografią na bakier. Ale na szczęście to z wiekiem mija.

Rok 2019, 3 maj będzie wyjątkowy, bo skończę równe 30 lat! Zacznę kolejną dekadę życia. Jakiś czas temu rozpisałam w zeszycie swoje życie na dekady. Bóg musiał mieć niezłą uciechę… 30-40 Eliza-Business Woman. 40-50 Eliza-Doktorantka. 50-60 Eliza-Polityk. 60+ Emerytura z całym bagażem doświadczeń życiowych i… Niespełnionych marzeń!

Pewnego dnia byłam bardzo smutna. Płakałam nawet. I na pociechę (choć w miarę pocieszania się tą pociechą stos mokrych chusteczek przede mną rósł) oglądałam filmiki na YouTubie z występów zwykłych utalentowanych marzycieli z talent show z całego świata. Większość z nich pięknie śpiewała. Naprawdę! Dopowiadałam sobie w głowie jakie teraz robią w swoich krajach i nie tylko, kariery!

I nagle szok. Wychodzi ona. Rok 2016. Lat 12. Zobaczcie sami:

https://www.youtube.com/watch?v=D67SBSbNPnI

I nagle szok. Ja nie płaczę. Nie dopowiadam sobie w głowie historii. Śledzę za pomocą filmików na YouTube jak było. W skrócie: główna wygrana w talent show „America’s Got Talent”, wybudowanie wymarzonego domu na drzewie i robienie tego, co kocha. Tego co wychodzi jej najlepiej!

Grace VanderWaal poprosiła kiedyś mamę o ukulele, ale mama stwierdziła, że to będzie kolejna kurząca się w pokoiku zabawka córki i jej nie kupiła. Grace sama zaoszczędziła pieniądze na swoje pierwsze ukulele. Darmowe lekcje gry pobierała dzięki filmikom instruktażowym na YouTubie. Do tego, to ona pisze sama swoje teksty! Komponuje muzykę! I jak ona śpiewa! Teksty naprawdę mają sens, muzyka wpada w ucho, a jej głos jakoś mnie chwyta za serce.

Z reguły mamy starszych idoli muzycznych. Potem z żalem i ich przebojami na ustach żegnamy ich, bo wcześniej odchodzą. Grace „Wonderful”, po prostu Wspaniała, ona dorasta, a ja się starzeję! Jej starsza i wierna fanka! Moja aplikacja Spotify – niczym moja osobista stacja radiowa, puszcza najczęściej właśnie ją.

I ja wtedy zapytałam siebie: „A Ty co robiłaś w wieku 12 lat?”

Mam jeden obraz. Jest 2001 rok. Nowe stulecie! Jestem w V klasie szkoły podstawowej i wsiadam ubrana w strój kujawski do samochodu m.in. z panią od muzyki, która trzyma na kolanach akordeon do akompaniamentu. Za chwilę ruszamy na mój pierwszy konkurs recytatorski. A co robię ja? Zaczynam na cały samochód beczeć! Byłam tak zestresowana, że najchętniej zawinęłabym tę kujawską kiecę i wyskoczyła z pędzącego samochodu! Dobrze, że zostałam. Byłam trzecia. W województwie!

Czas się w tym momencie rozliczyć z dyplomów. Zrobić podsumowanie tej drogi, która trwała od końca podstawówki w sumie do liceum. Przygoda recytatorska i czytanie całych tomików poezji, by wybrać moje ulubione, te które do mnie pasowały, które tak dobrze mi się mówiło. To dlatego ja tak przesiąknąłem tym poetyckim światem! Nauka wierszy na pamięć nie poszła w las. Ona pulsuje we wciąż żywej tkance gdzieś pod osierdziem. Głęboko. I ona ze mnie po 3 latach, kiedy miałam lat 15 wylazła. Napisałam do Polskiego Radia Program 3 wiersz o powstaniu warszawskim na konkurs. Rok 2004, Warszawa. Jestem, w nagrodę zwiedzam radio, i Twoje, Pani Agnieszko, w nim studio.

Skoro warszawce się spodobało, zaniosłam ten sam wiersz do lokalnej gazety, „Gazety Kujawskiej”. Weszłam do odpowiedniego pokoju, „Marsz żywej nadzieji” ląduje u pana redaktora. A ja wychodzę. Pokazuję koledze wiersz wydrukowany. A on: „Przecież tu jest w tytule błąd ortograficzny! Nadziei, a nie nadzieji”. Jak to?! Tytuł większą czcionką i w dodatku pogrubiony! Więc ja kursywa-załamka, lament! Za jakiś czas telefon. Z gazety. Na początku wywiad ze mną. A potem: „Pani wiersz jest beznadziejny!”. A ja padam na tapczan w stołowym. Dobrze, że mam miękkie lądowanie w pierzu, bo niepościelone.

Za jakiś czas telefon. Ciocia Irenka. „Elizko, ładny wiersz napisałaś”. A było już późne popołudnie i nie tak łatwo o makulaturę świeżą w kioskach. Latam z godzinę. Od rogu do rogu. Jest! Czytam: „Eliza Studzińska, lat 15, szkoła ta i ta, bla bla, lubi czytać beletrystykę”. A co to jest? Pierwsze słyszę takie słowo! „Ze względu na długość wiersza drukujemy fragmenty”. Uff! Poprawili byka w tytule! A to najważniejsze. Ucięli – trudno. Dobrze, że nie ma wstydu przy „NADZIEI”.

Potem sobie pisałam te poezje dalej. Nawet były koleżeńskie odczyty, przy przygaszonym, nastrojowym świetle. Był po drodze semestr na studiach z creative writing. Dawałam młodym studentom-polonistom do oceny. Jedna padła wyrocznia: „Herbert to to nie jest”. Ale na szczęście u progu studenckiej kariery jestem w Instytucie Humanistycznym, filologia angielska. I pisanie. Ale jakie!!! Creative writing i to po angielsku, w oryginale. Język? Polski, angielski, francuski? Nie ma znaczenia! Już kiedyś na kursie języka francuskiego, Pan od francuskiego (Panie Nauczycielu-Mistrzu, daję do Pana namiary, d’accord? http://www.panodfrancuskiego.pl/), rozdał nam wydrukowane zdjęcia i polecił: “Piszcie wiersz teraz, w tym momencie, po francusku”. Ach! Co to była za uczta, sam Platon takiej nie skosztował nigdy, ten francuski taki poetycki! Same słowa się bez słownika na papier pchały! Dziękuję za tą domową pracę, co ją dopiero teraz rozumem pojęłam: “Pisz! Po polsku, angielsku, francusku. A nawet niemiecku i hiszpańsku. Nie ma znaczenia język, kiedy piszesz prawdę”!

Dzisiaj w prasie kobiecej wyczytałam, że jeden od śpiewu nauczyciel Lady Gagi kiedyś jej powiedział: „W pokoju może być 99 osób, którym twój śpiew się nie spodoba, ale niech będzie chociaż ta jedna, której się spodoba i to już wystarczy”. Brzmi jak biblijna przypowieść! Dobry Pasterz 99 owiec na pastwisku zostawił i szukał tej jedynej, zagubionej. Do skutku.

Zawsze uwielbiałam czytać biografie poetów, pisarzy. Albo patrzeć jak zawsze Carry Bradshaw przez 94 odcinki i 6 serii/lat po 29 minutach (Hej! Panie scenarzysto! Reżyserze! Ja mam właśnie te 29 lat!) kończy odcinek pisząc na swoim laptopie z jabłuszkiem błyskotliwy felieton i kończy go zabawną puentą. A ja się rozmarzam. To raj! Praca dla gazety!

W gimnazjum zaczęłam chodzić na Kółko Dziennikarskie. Byłam tak aktywna, że chyba cały numer sama napisałam! Nawet konkurs był na najbardziej zakochaną parę szkoły. Ja potem z nimi i pożyczonym dyktafonem w pustej klasie wywiad przeprowadzam, a reszta szkoły w tym czasie bawi się na szkolnej, walentynkowej dyskotece. A w domu? A to PLAY,  a to STOP. Przepisuję czyjąś historię miłości na trzy głosy.

Koniec gimnazjum. Język polski. „Napiszcie felieton. To ponad program. Nie na ocenę”. Jaka ja byłam dumna jak się okazało, że… „Eliza, fajny felieton napisałaś. Nasza pani na polskim na głos go przeczytała”. A to koleżanka Gosia z III a! A ja jestem w III e! I pani też robi odczyt mojego felietonu. Czyta przez śmiech czasami. A felieton jest o naszej katolickiej szkole! Moja przyjaciółka ze szkolnej ławy prosi o kopię i chce na pamiątkę zrobić sobie ksero. No normalnie drugi obieg!

W szkole miałam dwie przedmiotowe wierne od podstawówki miłości: Polski i Historia. Choć z resztą było nie najgorzej. 12 szkolnych lat z flagą/szarfą/paskiem Polski. A potem 10 lat uniwersyteckich. Wrocław, Warszawa, Bruksela, Włocławek. Zawsze się dosiadam do wolnej ławki w sali. Zawsze był piękny finał! Fotograf, zdjęcie, dyplom. I teraz jestem znów w połowie kształcenia procesu. Połowinki jak dwie mózgowe półkule wciąż na wysokich obrotach pracują wytrwale. Ale w tej wiedzy kopalni, jestem… Parobkiem.

Jesień 2017. „La la land”. Płacz, lament. „Marzenia? Idź lepiej dziecko po węgiel, bo piec coś słabo grzeje”.

Jesień 2018. „La la land”. Płacz, lament? ”Marzenia? Idź lepiej dziecko po węgiel, bo piec coś słabo grzeje”.

„NIE! – ja krzyczę – “Nie będę siebie i świata CO2 truła! Zakładam kominek i idę po drewno. TAK! Celulozy mi brak! Będę pisać! Będę poetką, blogerką, dziennikarką. Jak się rozpędzę to może i nawet powieść popełnię! Ale nie! Nie popełnię zbrodni na swoich marzeniach!”.

I przysięgłam sobie wtedy, że już nigdy po „La la land” nie będę nad sobą lamentować. Kończę ten rozdział popijając tabletkę na ból głowy. Bo tak płakałam, że życie płynie, a marzenia stoją, a to tak boli! Ach! Jak mnie ta głowa boli! A na paczce chusteczek jak byk stoi napis: “Sanfte Hygiene SOLO furs leben Talent EDITION”. 10 chusteczek, każda cztery warstwy jak Wisławy “Cebula” z wiersza. Ach! Dziękuję ALDI! Za te chusteczki. Choć Ci w złotówkach, nie talentach płaciłam. Dziękuję!

Mam do ludzi szczęście dobrych. Mówią: „Może przyda Ci się ten papierek, co nim rzucasz w połowie drogi?” A co z moim papierkiem lakmusowym szczęścia? Jeśli ja będę szczęśliwa to i innych uszczęśliwię! Może mam talent? Może nie na miarę odkrywania nowej Ameryki, ale mi nie potrzebna globalizacja. Ja wolę działać lokalnie, a myśleć globalnie. Ludzie są wszędzie. I Internet już też. Ja nie muszę jak dawniej płynąć za ocean robić karierę, dolary do skarpety ciułać i je cerować jak dziurawy budżet. Czasy się zmieniły. I może w tym cyfrowym świecie miejsce i dla cyfrowej, nowej generacji poetki się znajdzie! Ja potrzebuję małe poletko. Rozmiar A4, kolor biały.

I to wszystko się dzieje na przestrzeni tego tygodnia. REWOLUCJA! REWOLUCJA! Krzyczy widownia. W lutym miałam mieszkać na pół roku w Walencji i studiować obcą filologię. A ja w ostatnią sobotę lecę… Nie na lotnisko, a do… Biblioteki! „W czym pomóc?” – pyta miła bibliotekarka. „Poezja. Poezja polska. Najlepiej same kobiety!”. Pani bibliotekarka się śmieje: „No takiego podziału nie mamy, niestety”. I wychodzę obładowana: „Być poetą. Antologia poezji dla maturzystów” i trzy książki Wojciecha Młynarskiego: „W co się bawić” 1983, „Robię swoje” 1999, „Od oddechu do oddechu” 2017.

„W co się bawić”? Jeszcze w wieku przedszkolnym u babci w pokoju, gdzie do dziś stoją dwa duże regały z książkami wkładałam kawałki papieru śniadaniowego z cyferkami. Bawiłam się w bibliotekę. Do dziś te karteczki tam są! A ja najbardziej lubiłam taką niedużą, granatowa, twarda okładka, cieniutkie kartki, wręcz przezroczyste. I żadnych obrazków. A ja literek nie znaju. Po pierwszych z czytania lekcjach czytam na głos: „Biblia tysiąclecia”!

Pierwsze wakacje, po pierwszej klasie. „W co się bawić?” – pyta pan Wojciech. A ja zakładam Podwórkową Bibliotekę! Wyciągam swoje książki, bajki, znów karteczki w nie wkładam i zapraszam dzieci z podwórka, do mojej wypożyczalni! Pomysł na podwórku chwycił, bo i inna koleżanka swoją filię na ostatnim piętrze wieżowca otworzyła! I nikt z nas nie słyszał, o la Boga!, co to bookcrossing!

1-3 klasa, twórczy okres. Własna „Woman” gazeta, a nawet książka, ręcznie pisana. Okładka to karta pomarańczowa z technicznego bloku. I przepisujemy ją z moją przyjaciółką na komputer, do tajemniczego Worda! Jest nawet drukarka! I po 21 latach trzymania tej tajemnicy, moja przyjaciółka mi wyznaje: „Twoja książka wpadła w ręce mojej babci. Krzyknęła: „Dziecko! Ty tego nie czytaj! Ja to poprawię!” Chodziło oczywiście o błędy ortograficzne! Po 21 latach taka prawda już nie boli, ale śmieszy 😉

A na koniec III c, bawię się w scenarzystę-reżysera. Do szkolnej biblioteki na przerwach ganiam i szukam „wierszy o Pani”. Wypożyczam, przepisuję, przecież na ksero nie pójdę, za mały budżet przedstawienia! I rozdaję koleżankom i kolegom z mojej klasy role-wiersze do nauczenia. I pamiętam te próby na boisku, z dala od Pani oka i ucha czujnego. Bo to tak od serca, na koniec, pożegnanie, niespodzianka! I wracamy z zakończenia oficjalnego. Jesteśmy już w klasie. Ustawiamy się w dwa rzędy i dajemy występ z CAŁĄ KLASĄ! Pani i rodzice wzruszeni. Udało się, udało!

„Robię swoje” – Wojciech Młynarski.

„Robię swoje. W końcu.” – Eliza Studzińska.

„Od oddechu do oddechu”. – Wojciech Młynarski.

„Oddycham, jeszcze mi tlenu starczy”. – Eliza Studzińska.

„Być poetą. Antologia poezji dla maturzystów”. – Jerzy B. Wójcik

„Jestem poetą. Antologię poezji dla wszystkich tworzę”. – Eliza Studzińska

I duchem jestem maturzystką. W przyszły wtorek mam dyżur u byłego polonisty. TO OSTATNI SZKOLNY DZWONEK! By coś zmienić w swoim życiu. A ja ten dźwięk lubię, przy nim się budzę. Pączkowałam jesienią, zakwitam na zimę. „Anomalia.” – skwitujesz. A ja Ci powiem: „To są cuda!”.

I mam ja w głowie plan. Zdziwisz się. Robię najpierw sobie domowe wczasy. Będę stałym gościem u Kochanych Dziadków. Więcej się od nich o życiu dowiem, niż z najmądrzejszych książek! I pies nie był już od 3 lat bardziej szczęśliwy! Dziś już dwa razy w parku Łokietka wąchał trawkę… Od nadmiaru powietrza i zmysłu węchu wrażeń, wariuje ze szczęścia! Aż się zaczynam o niego martwić…

A w głowie całe strofy układam. Aż jakoś się ze mnie ulewają, kapią, nie dają spokoju dopóki nie wystukam jak Carrie Bradshow puenty. Lecz ona ma swój kochany New Jork i od 29 roku życia własną kolumnę w New York Star! A mi się marzy… Galicyjski Kraków – Miasto Literatury UNESCO. I, choć bardziej smogowe, to samo powietrze, którym oddychała Szymborska i Miłosz najbardziej mi się marzy. Może przez ten smog krakowski skrócę sobie życie, przypadkowy pulmonologiczny samobój sobie w płuca strzelę, ale co! „Non omnis moriar” – „Nie wszystek umrę”, już Horacy, a chorowity nie był na płuca, to wiedział. Ja sobie tym postem stawiam pomnik na nową swoją poetycką drogę! Po co mi myśleć teraz o jakiś kamieniarskich nagrobkach ostatecznego rzemieślnika-rzeźbiarza, co to zawsze ma ostatnią u każdego na koniec wystawę. U mnie przecież dopiero poczONtek! WRÓĆ! PoczĄtek! I zachowaj mnie już, Panie, od ortograficznych i życiowych BŁĘDÓW! I tylko o jedno proszę! Poetycki Kraków i małą rubrykę w „Tygodniku Powszechnym”!

Wasza Guwernantka

Eliza Studzińska

Po raz pierwszy

Podpisana…

Prawdziwie!

 

PS A tak na serio. Pierwszy wiersz i recytacja: 1,5 roku, po smacznym obiedzie u babci Jadzi Uta vel Lusia zabiera głos: „Zrobiłam kok i się titiłam. Ale bobi sioś”. Tłumaczę na język polski: „Zrobiłam skok i się spociłam, ale dobry sos”. Analiza porównawcza: „Daj, ać ja pobruszę, a ty pocziwaj”. Pierwsze zdanie zapisane po polsku w 1270 r.: „Pozwól, bym ja też mełł”.” Chyba byłam bardziej gadatliwa, już na samego życia początku…

PS 2 I tylko szkoda nowej, przedwczesnej kalendarzowej inwestycji na 2019 r. A5 -poręczny rozmiar, kolor czarny co to brudu nie znać, tak praktyczny, że aż chyba go komuś w dobre ręce oddam!

 

 

 

 

Advertisements

To tyle w temacie/klimacie, czyli o tym jak kradnę górnicze piórko do walki ze smogiem

„COP24”. Cóż to za akronim? Czyżby to nowo odkryty pierwiastek wprost na zbliżającą się Gwiazdkę? Taki prezent pod sztuczną choinkę od towarzysza Mendelejewa – istnego Gwiazdora, który dzięki swojej tablicy zapisał się w zgłoskowo-cyfrowej atmosferze każdej mlecznej autostrady świata. Ach! Gwiazdor Mendelejew zdziwiłby się ileż jego gwiazdek-pierwiastków jest w wydychanym powietrzu samochodowych rur. Może na Święta pofatyguje się na Ziemię jego wybitna koleżanka po chemicznym fachu Maria Skłodowska-Curie? I zrobi nam Rodaczka na 100-lecie niepodległości narodowe zdjęcie rentgenowskie płuc? Serce przecież rośnie, tyle smogu mamy na 100-lecie, czas świętować to radośnie!

„KOP24”. Może tak to się czyta? I może w tym jest nawet sens głęboki. Musimy „coś kopnąć”, „coś poruszyć”, naprzód, do przodu, wprzód”! Nie ma lepszej ziemi niż nasza polska, po której stąpał Kopernik, który „wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię”. Ach! Ta nasza mesjańska misja XIX- wieczna się w końcu wypełni! Te nasze zmaltretowane smogiem płuca muszą wzruszyć dumne kominy fabryk z czerwonej cegły w Chinach. Ach Ty Smoku chiński! Dusisz się tak samo smogiem jak smok pod Wawelem! I tylko ludzie muszą zakładać maski, a ty ziejesz ogniem gorącym. Ty nie znasz klimatyzacji w tej świata szklarni.

Katowice. Nie ma lepszego klimatu do rozmów o jego ratowaniu, kiedy z trudem oddychasz i mówisz. Może i z tymi dwoma procesami życiowymi masz problemy w takiej gęstej atmosferze. Ale z pewnością szybciej myślisz o tym, że nie masz już czasu na myślenie. „KOP24”. Może to Twoje ostatnie 24 godziny? Doba? Wiek? Wiek XXI. Ziemia ma 21 ludzkich lat. „Oczko”. I tym szkiełkiem i oczkiem pozytywista ujrzy, że coś chyba ze zdrowiem Matki Ziemi jest nie tak. Że wizyta u pulmonologa jest niezbędna! Bo to zima, czas gryp, to znaczy dymiących kominów, infekcja goni infekcję. Matko! Zaszczep się od ludzkiej głupoty wycinania drzew! „Ale jak? Ale gdzie” – pyta Matka Ziemia stroskana. A antyszczepionkowcy siedzą w Sejmie w ławach rządowych. „Czy już nie ma dla mnie ratunku, mam raka, Ludzki Potworze/Doktorze?” – drąży Pacjentka niczym chciwy człowiek co łzy-ropę jej zabiera.

Barbórka. „I do kogo ja mam się modlić?” – pyta Ziemia drżąc cała. Ludzie mają przez nią dreszcze, bo zaczęła już zarażać. Mówią na to – „trzęsienie ziemi”. „Bóg dał mnie człowiekowi we władanie. A gdzie mój Bóg/Wróg?”. Idą w czarnych strojach galowych dumnie jak pawie, bo też przy wysokich kapeluszach przypięte pióro w różnych kolorach, by odróżnić role, funkcje i zaszczyty głów mądrych, głów górniczych. „Oni mają swoją patronkę, św. Barbarę. A ja? Bezbronna Matka w gorączce coraz większej, poty-oceany wylewam, głód-susza do lodówki bez prądu zagląda. Jak na wiosnę wykarmię moje dziatki? Przednówek. Wieczny przednówek mi został…”

Szczyt klimatyczny. „I plotkują o mnie politycy, naukowcy, aktywiści. A ja słucham. Nie dowierzam. Mam nadzieję, to ją tracę. Czy wy mnie nie kochacie?!”

Guwernantka. Choć nie mam górniczego pióra, piszę, stukam Wam te słowa. Cóż ja mogę? Wtrącę swoje 3 grosze! Bo my euro się boimy, węgla odpad do pieca włożymy, truje Kargul Pawlaka i Pawlak Kargula smogiem, co granic płotowych nie respektuje. Ale czegoś mi tu brakuje… Panie Gospodarzu Miły! Ministerstwo Zdrowia, Środowiska, cały NFZ pozywam, by odsmogować przed odlotem delegację z Fidżi! Oni mają pacyficzne powietrze nad sobą. Zróbmy im kwarantannę w uzdrowisku, w Lądku Zdroju! Toć to miejsce sławne jak metropolia Londyn! Każdy barejowski miś polarny, co sobie świat podbiegunowy na krze zwiedza, wie, że w Lądku Zdroju czas zakopać się ze wstydu pod powierzchnią borowiny! Delegacja pacyficzna poczuje polski pacyfizm oraz gościnność i może w ramach podziękowań wyślą nam, Warszawskim Smogowym Słoikom, świeżego powietrza łyki! Do dna! Panowie, do dna! Bo na strzemiennego Gospodarz Pan Tadeusz zaprasza do tlenowego baru. Szkoda tylko, że Matka Natura, taka abstynentka, po barach się nie szlaja, tylko brudne ścieki po dzieciach swych w chemii niemieckiej dopiera jak może. „A tu tyle łat, ile lat ja to będę prała? A że dzieci chorowite, wszystko ręcznie piorę. Nie znam ja chemicznych pralni. Jestem eco, takie mam ego. I choć człowiek odkrywa swoje matczyne alter ego i też eco chce być, wolno dorasta. A ja się starzeję, renty nie dostaję, wiek emerytalny zaraz podniosą, a ja im poziom oceanów, ot co!”

By było na koniec wszystkim miło, proponuję po tych gorzkich słowach łyk sztuki. Bo jak były starożytne olimpiady, zawsze jakaś okolicznościowa oda leciała w przerwie na reklamy. Bo czasami taki poeta to jak prorok, normalnie! Cyprian Kamil Norwid „Słowiański papież” A.D. 1848/Karol Wojtyła „Jan Paweł II” A.D. 1978. Konstanty Ildefons Gałczyński „Teatrzyk Zielona Gęś: „Dymiący piecyk” 1946/”COP24” Polska A.D. 2018.

Zaprośmy po wegetariańskiej kolacji kończącej to klimatyczne spotkanie na sztukę właśnie, do ekozielonego teatrzyku! Bo jak grzmi opozycja, sponsorami szczytu klimatycznego są… Konsorcja węglowe. Jeden bystry, błyskotliwy opozycjonista rzecze na ten przykro pachnący fakt: „Toż to jakby zjazd wegetarian sponsorowała rzeźnia!”. W studiu śmieje się kolega po fachu politycznym, też z opozycji. To niech pośmieją się i goście, przybyli na sztukę radośnie. Bo mieszkańcom Katowic, Ci co w okolicach Spodka wylądowali, to jacyś tacy nadęci, jak balony bez powietrza. A oni czekają swych ojczyzn i… Czystego powietrza! A zatem kurtyna w górę! Dalej, dalej! Już na stole polska gęsina! A na scenie gąska zielona aktoreczka się pasie! I tu kradnę tekst przedstawienia zgodnie z prawami linkowymi wklejam przypis: http://galczynski.kulturalna.com/a-6655.html. Co by mnie RODOłeb nie bolał. A Ty Czytelniku-Widzu, wsłuchaj się w poetę-proroka, swojskiego Kostka Gałka, równego gościa! A potem sprawdź alerty smogowe w aplikacji na smartfonie. Bo to wojna, Rodaku, to wojna… O Twoje zdrowie!

Teatrzyk Zielona Gęś

ma zaszczyt przedstawić

“Dymiący piecyk” 

Występują:
Chór Polakow
Dymiący piecyk
Osiołek Porfirion
i Dzwony

Chór Polakow
basem, wierszem My tu od wieków stoimy,
a ten piecyk ciągle dymi.
Czy to w lecie, czy też w zimie
piecyk dymi, piecyk dymi,
ach, geopolitycznymi
racjami jesteśmy wyni*

Dymiący piecyk
O, biedny, biedny jam piecyk,
od wieków te same rzecy.
Od tej ściany do tej ściany
cały piec zaczarowany,
więc czy to w lecie, czy w zimie
dymem natrętnym dymię
i nic się, ach, nic nie zmienia,
a ci Polacy modlą się i grają Szopena,
och!

Chór Polaków
Cudu! Cudu!
“Jak jarmużu bedłki”, (?)
tak cudu pragnie lud!.

Osiołek Porfirion
z narzędziami Nic nie rozumiem. Nie ponimaju. I do not understand. Wynosi popiół, czyści rury, czyli wykonuje kilka prostych czynności zduńskich

Piecyk
przestaje dymić

Chór Polaków
natychmiast z radości pogrąża się w pijaństwo i dzwoni w dzwony

Dzwony
Bum-buum tedeum!

Chór Polaków
konkluzja Nasz piecyk cudem zreparowany,
lecz Osiołek Porfirion to gość podejrzany. biją Porfiriona

K U R T Y N A

Konstanty Ildefons Gałczyński
Pierwodruk: «Przekrój» 1946, nr 86

 

 

Nowy rok akademicki 2018/2019 w Akademii Guwernantki, czyli zamiast przemówienia rektora “Manifest Guwernantki”

Miało być inaczej. Miała być data 1 października 2018 roku i nowy rok akademicki w Akademii Guwernantki. Jest za to 7 września 2018 roku. Jednak od dłuższego czasu układają mi się w głowie całe akapity tekstu, myśli kłębią się jak w pralce Frani. A ja mam przecież na imię Eliza i prowadzę własnego bloga. Mam prawo zatem decydować, kiedy chcę usiąść i spisać te wszystkie przemyślenia. Nie mogłam się doczekać tej symbolicznej daty, kiedy studenci na całym świecie wchodzą do sal wykładowych Sorbony, Oxfordu czy Uniwersytetu Warszawskiego. Ale po co ja mam czekać? Przecież Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego nie jest moim szefem. Na rozpoczęcie roku nie puszczam sobie na YouTubie „Gaudeamus igitur”. Już wystarczająco dużo razy to słyszałam w swoim życiu. Studiuję od 10 lat. Guwernantka, kiedy cokolwiek pisze, słucha płyty Jana Tiersena „Pour Amélie”. Jest to muzyka instrumentalna, głównie ze ścieżki dźwiękowej do filmu „Amelia” (reż. Jean-Pierre Jeunet). Wtedy myśli zwalniają, mogę je uporządkować i przelać na przysłowiowy papier. A zatem zaczynamy! Zaczynamy nowy rok akademicki w Akademii Guwernantki!

W jednym z postów obiecałam, że napiszę kiedyś „Manifest Guwernantki”. Blog ma we wrześniu 9 miesięcy i mam wrażenie, że rodzi się na nowo, bo wiele ostatnio sobie rzeczy przemyślałam i zaczynam zmieniać w sposób realny swoje życie. W poszczególnych przyszłych postach opowiem Wam o moich własnych, autorskich sposobach np. na bycie systematycznym i wprowadzaniu dobrych nawyków w swoim życiu. Testuję je na sobie i naprawdę działają.

Każda rewolucja ogłasza manifest. Strajk generuje postulaty. Partia polityczna ma swój program. Bo to co w pewien sposób zapisane, łatwiej zrealizować. W tym roku moim kalendarzem jest „Notes Agnieszki Osieckiej”. Jest wspaniały! Okazało się nawet, że moje plany pokrywają się czasami z życiem pani Agnieszki Osieckiej. Szłam na koncert Korteza, a pani Agnieszka miała w tym dniu zapisane: „koncert jazzowy”. W tym samym terminie w tym roku byłyśmy na wakacjach w Ustce. Cały fortel tego notesu polega na tym, że możesz czytać notatki kalendarzowe Agnieszki Osieckiej. Dzięki wspaniałym przyjaźniom Agnieszki Osieckiej mam poza tym adresy do: Magdy Umer, Wisławy Szymborskiej, numer telefonu do dr Michaliny Wisłockiej czy Marka Hłaski.

Czas jednak na ogłoszenie „Manifestu Guwernantki”. Nie przywiązuj zbytniej wagi do kolejności poszczególnych punktów. Wszystkie są dla mnie, być może będą również i dla Ciebie, ważne.

  1. Nauka obywatelska

Z tym pojęciem zetknęłam się czytając artykuł w tygodniku „Polityka”. Pisano w nim o inżynierach genetycznych-amatorach, którzy zakładają w domu własne laboratoria i eksperymentują w genach. Bardzo spodobało mi się to pojęcie. Choć od 23 lat siedzę w jakiejś ławce i czerpię wiedzę w ramach formalnej edukacji, myślę, że nauka obywatelska to świetny kierunek. Jeśli masz wiedzę i pasję, nie musisz być profesorem uczelni wyższej by nauczyć czegoś drugiego człowieka.

  1. Lifestyle edukacyjny

Zaliczam swojego bloga do blogów lifestyle’owych. Nauka zawsze była moją pasją. Poświęcałam jej dużo uwagi w szkole, czynię tak teraz na kolejnych już studiach. Oczywiście można mieć zawód: naukowiec, ale myślę też, że można żyć jak naukowiec. To znaczy obok np. czytania beletrystyki od czasu do czasu przeczytać coś popularnonaukowego bądź już całkowicie naukowego. Świat nauki wydaje się hermetyczny. Są naukowcy i studenci. Naukowcy piszą artykuły o swoich badaniach dla innych naukowców i studentów. Ale przecież ja też mogę przeczytać, co dany naukowiec odkrył. Oczywiście, jeśli doszło do ważnego przełomu w nauce media będą wtedy o tym informowały. Pamiętaj jednak, że możesz czerpać wiedzę również z naukowych źródeł.

  1. Selfcoauching, czyli samodoskonalenie

Nie ma ludzi idealnych. Jednak to nie zwalnia nas z dążenia do bycia lepszymi. Lepszymi ludźmi dla samych siebie. Zaczynam właśnie od siebie. Bo jeśli ktoś nie kocha siebie, to trudniej mu prawdziwie pokochać drugiego człowieka. Ktoś powie, że to egoizm. Nie. Celebruj siebie nie jako egoista, ale świadomy siebie człowiek. Jeśli nie będziesz szanował sam siebie, drugi człowiek nie będzie szanował ciebie. Musisz budować wewnętrzną godność. Wtedy zyskasz szacunek drugiego człowieka i nie będzie miało znaczenia czym zajmujesz się zawodowo. Każdy zawód jest potrzebny społeczeństwu. Staraj się być dobrym synem/córką, matką/ojcem, szefem/pracownikiem.

  1. Spaceruj

To umiejętność, której dopiero się uczę. Od dziecka szybko chodziłam. Kiedyś pani od tańca w gimnazjum zademonstrowała mój, nazwijmy to, „chodnikowy krok taneczny”. Zgięta w pół, pochylona maksymalnie do przodu sylwetka, nogi daleko w tyle i szybkie tempo. Niedawno przyjaciółka zapytała mnie (szłyśmy razem do kina, a ja narzuciłam swoje tempo): „Eliza, czy my mamy jakiś tragiczny czas?”. Spojrzałam na zegarek, a kino było tuż tuż. „Nie, mamy 10 minut. A co, spociłaś się”? Często przychodzi moment w życiu, kiedy ciało daje o sobie znak, że jest źle traktowane. My ludzie nazywamy to chorobami. Przed samym weekendem, a miałam wspaniałe plany na ten weekend, poszłam z psem na „spacer”. Dziś wiem, że to nie był spacer, ale „maraton”. Pierwsza szłam ja, potem 5 metrów smyczy i na samym końcu mój zziajany pies. Musicie wiedzieć, że mój pies nie ma nosa i zamiast sierści ma włosy. Ale to mądre zwierzę i na naszych maratonach, jak źle się czuł, to kładł się w cieniu i odpoczywał. Słuchał swojego organizmu w przeciwieństwie do mnie. Skończyło się tym, że po tym spacerze się przeziębiłam. Po prostu miałam takie tempo, że się spociłam i mnie zawiało. Musiałam zmienić plany weekendowe. Siedziałam w domu i się kurowałam. W poniedziałek zaczęłam uprawiać „slow walk”. Chodzę teraz bardzo wolno, flegmatycznie. Patrzę na architekturę, obserwuję przyrodę i ludzi. Czasami słyszę urywki rozmów czy śmiechu. Zdejmij słuchawki i włącz wszystkie swoje zmysły! Dawniej jak byłam na pasach i miałam zielone światło, ale samochód czekał, bo miał „zieloną strzałeczkę”, to ja po prostu wtedy zaczynałam biec przez przejście dla pieszych. Teraz pewnie kierowcy mnie znienawidzą, pewnie będą mamrotać pod nosem: „No idź kobito, bo ci zebra między nogi wejdzie!”. Naprawdę, odpowiem im szczerym uśmiechem.

  1. Dzwoń

Przestaliśmy do siebie dzwonić. Piszemy SMSy i korzystamy z innych komunikatorów internetowych. Kiedy telefonuję do kogoś ze znajomych czy rodziny, jest w szoku, że ja dzwonię. A przecież to pierwotna funkcja telefonów komórkowych, teraz już smartfonów. Wiadomo, że najlepszy jest kontakt osobisty. Spojrzenie, uśmiech, dotyk. Nie zawsze jednak jest to możliwe. Rozmowa telefoniczna jest o wiele bardziej osobistym doświadczeniem niż tekst i emotki.

  1. Nie musisz być życiowym prymusem

Życie to niezła szkoła życia, tak sobie myślę. Moim marzeniem jest pojechać do Paryża. To dla mnie turystyczna ziemia święta. By dobrze przygotować się do postawienia tam stopy, założyłam bloga (https://jarriveblog.wordpress.com/). Książek o Paryżu przybywało w błyskawicznym tempie, tak jak płyt z muzyką francuską czy francuskich filmów na DVD. Uczyłam się też francuskiego i cały czas dokupowałam nowe podręczniki. W jeden rok nie zdążyłam wszystkiego tego przeczytać i przerobić wszystkich podręczników. I nie pojechałam, bo czułam się nieprzygotowana. Nie spełniłam swojego marzenia. Błąd paryski powtarzam z Londynem. Mam „listę lektur” i nie kupię biletu, jak nie poczuję, że jestem gotowa tam jechać. Żyjemy w czasach masowej turystyki. A ja każdą podróż traktuję bardziej jak egzamin, niż przygodę. To błąd! Nigdy nie będę wiedziała wszystkiego, a jadąc do Paryża powinnam pytać Paryżan oraz z nimi rozmawiać. I poznać prawdziwy Paryż, prawdziwych Paryżan. Pamiętaj poza tym, że nie masz dziennika i nigdy nie oceniaj drugiego człowieka. Nie masz uprawnień belfra do wystawiania komuś świadectwa dojrzałości. Na wszystko w życiu przychodzi odpowiedni czas.

  1. Żyj swoją pasją

Jeśli twoja praca jest twoją pasją, jesteś szczęściarzem. Jeśli jest inaczej, postaraj się to zmienić. Może się da? Z reguły pasją staje się coś, w czym jesteśmy dobrzy i odnosimy sukcesy. Każdy z nas ma jakiś talent. Może go jeszcze nie odkryłeś? Może go znasz, ale zaniedbujesz? To błąd! Prawdziwie szczęśliwe życie zawodowe zbudujesz tylko na swojej pasji. Zastanów się w co lubiłeś bawić się jako dziecko, kiedy nikt (ani nauczyciel, ani szef) do niczego cię nie zmuszali. To był twój prawdziwie wolny czas. Ja właśnie wyszperałam z regału dwie książki o dziennikarstwie. Jedną kupiłam jako gimnazjalistka na wycieczce szkolnej w Warszawie, kiedy pojechaliśmy obejrzeć musical „Koty”. Spektakl skończył się bardzo późno, a ja wybiegłam szybko z teatru i pobiegłam na same tyły budynku. Było ciemno, ale aktorzy byli już na papierosie. Wyciągnęłam książkę „Dziennikarstwo i świat mediów” i poprosiłam artystów, którzy byli jeszcze w strojach kotów (!) o autografy. Między innymi kot Ram Tam Tamek napisał tak: „Dla przyszłej dziennikarki”. Byłam bardzo szczęśliwa. I wiesz co, jak miałam ok. 7 to założyłam własną gazetę „Woman”. Miałam taką zabawkę „Rewię mody” dzięki której powstawały rysunki ładnie ubranych kobiet, które kolorowałam. Potem oczywiście pisałam swoje artykuły. Na papierze ksero ołówkiem robiłam linijką linie na tekst, a modelki wycinałam i wklejałam obok tekstu. Kiedy blogi stały się popularne, marzyłam by mieć własnego bloga. Przeczytałam i zrobiłam notatki z książki Tomka Tomczyka „Blog. Pisz, kreuj, zarabiaj”. Było to dnia 5 czerwca 2014 roku. Wtedy zaczęłam czytać tę książkę i robić notatki do specjalnego zeszytu. Ale pierwszego bloga odważyłam się zacząć pisać we wrześniu 2016 roku. Pamiętam, że trwał u mnie remont. Malarz pracował w drugim pokoju, a ja siedziałam w swoim pokoju, chyba nawet chora. Nie miałam co ze sobą zrobić. I właśnie wtedy wzięłam do ręki laptopa i nawet nie przy biurku, tylko w jakiejś totalnie niewygodnej pozycji, zaczęłam pisać. W remontowanym, zakurzonym pokoju, w którym wszystkie meble były pod folią poczułam się dopiero gotowa, by zacząć pisać bloga.

  1. Dbaj o całego siebie

Pomyśl o duszy, o umyśle, ciele. Czy dobrze się odżywiasz, uprawiasz sport, masz jakościowy sen? Czy czytasz wartościową literaturę i prasę? Czy sięgasz po inspirujące filmy i muzykę, która może się okazać przełomem w Twoim myśleniu i pociągnąć za sobą działanie? Czy dbasz o swoją duchowość? Nieważne czy jesteś katolikiem, protestantem czy muzułmaninem. Rachunek sumienia powinien robić sobie od czasu do czasu każdy, nawet ateista. Tak dla higieny duszy.

  1. Szukaj Mistrza

Tak naprawdę jest nim każdy z nas. Każdy może być Mistrzem, od którego możesz czerpać wiedzę na każdy temat. Ale pamiętaj, że ty też jesteś Mistrzem, dlatego dziel się sobą z drugim człowiekiem.

Ten punkt zostawiam. Wpisz tutaj coś ważnego dla siebie. Jeśli chcesz się tym podzielić, zostaw komentarz.

  1. A! Zapomniałam o jednym: rozmawiaj

Rozmowa to twój ziemski pas transmisyjny nieśmiertelności. „Non omnis moriar” powie poeta. Ale ty też możesz być nieśmiertelny, bo pozostaniesz w drugim człowieku. On zapamięta twoje słowa, czyny, jak się przy tobie czuł. Nie o każdym będą się uczyły dzieci z podręczników w szkole czy nie o każdym będzie nota biograficzna w Wikipedii. To nie ma znaczenia. Liczy się tak naprawdę twoja codzienność. Bo życie to nie same fajerwerki, to często zwykłe zimne ognie.

 

Dziękuję.

 

Wasza Guwernantka

 

 

 

Modlitwa wróbla do pieńka, czyli percepcja przyrody w azjatyckim i europejskim ujęciu kamery

Tak się złożyło, że w tym tygodniu miałam przyjemność obejrzeć dwa filmy, w których dużą rolę odgrywa przyroda. Czy mogło mi się przydarzyć coś cudowniejszego niż połączenie „szklanej” przyrody z przywróconą do życia wiosenną aurą?

Pierwszy film pt. „Miód dla dakini” (reż. Dechen Roder) to bhutańska produkcja. Przez ponad dwie godziny obserwuję, między innymi, niezwykłą przyrodę tego kraju. Podobnie jak w drugim obejrzanym przeze mnie filmie – „Pokot” (reż. Agnieszka Holland) – tutaj podziwiamy krajowe podwórko – Kotlinę Kłodzką. W obu przypadkach rola kobieca jest najważniejsza. Choć obie bohaterki dzieli wiele, łączy je miłość i szacunek do przyrody.

Główną bohaterką filmu z Azji jest Choden – niezwykle piękna i młoda dziewczyna. Co ciekawe, właśnie ze względu na swoją urodę nie wzbudza zaufania ludzi z wioski do której przybyła „nie wiadomo skąd”. Co więcej, przypisuje się jej wręcz demoniczne cechy. Choden mieszka samotnie i pomaga pobliskim mniszkom w klasztorze. Kiedy połączymy te dwa fakty nie zdziwi nas teza, że kiedy zaistniało podejrzenie zamordowania pzeoryszy, cień podejrzeń pada na Choden. I tu rozpoczyna się właściwa akcja, której zdradzać Wam nie będę. Kryminał ten ogląda się przyjemnie, choć nie ukrywam, że tzw. „dłużyzny” też się zdarzają. Sprawę Choden rozpracowuje młody detektyw z policji – Kinley.

W „Pokocie” poznajemy Janinę Duszejko – kobietę dojrzałą i doświadczoną. Na co dzień uczy angielskiego w szkole. Mieszka samotnie, ale nie powiedziałabym, że się alienuje. To serdeczna postać, o dużej empatii i wrażliwości. Film powstał na podstawie powieści Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Duszejko – bo tak każe na siebie mówić – zna się na astrologii, nie je mięsa i jest przeciwniczką kłusownictwa oraz polowania na zwierzęta. Film posiada piękne ujęcia przyrody i wręcz czeka się na przysłowiowy głos Krystyny Czubówny rodem z programów przyrodniczych. Jednak się go nie doczekamy, bo „Pokot” to świetny kryminał. Miałam okazję obejrzeć usunięte sceny. I dobrze, że zostały usunięte, gdyż były w swojej wymowie bardzo patetyczne. A film podobał mi się właśnie dzięki temu, że nie jest takim nadętym ekomanifestem. Film zdobył nagrodę Srebrnego Niedźwiedzia na 67. Międzynarodowym Festiwalu w Berlinie. Akcja jest bardziej wartka niż w przypadku „Miodu dla dakini”. Jednak film z Azji jest w pewnym sensie filozoficzny i mistyczny. Jest w nim miejsce na buddyjskie przypowieści, co dla człowieka Zachodu stanowi pewną ciekawostkę kulturową i antropologiczną.

Dakinie to oświecone kobiety, których zadaniem jest przekazywanie mądrości przeszłych pokoleń przyszłym pokoleniom. Zwróć uwagę, że Duszejko (choć to emerytowana inżynierka) jest nauczycielem. Swoją postawą kształtuje przyszłe pokolenie. Co więcej, obie bohaterki mieszkają w górach. A góry kojarzą się z trudnymi warunkami i wieloma przeciwnościami przyrody, która choć niezwykle piękna, to często nie idąca na kompromisy kapryśna Pani.

Aktualnie w Polsce na czasie jest sprawa wycinki w Puszczy Białowieskiej czy (jakiś czas temu) nowe prawo łowieckie. Wiele „Duszejek” – pan i panów – przybyło bronić puszczy. To ostatni las pierwotny w Europie. „Pokot 2” mógłby mieć miejsce właśnie tam, ukazując walkę obywateli z władzą. Co do ustawy, zakazano m.in. udziału osobom poniżej 18 roku życia w polowaniach.

A wróbli w miastach coraz mniej… Ileż gatunków zwierząt żyło przed nami, a których już nie ma. Roślinom mam wrażenie jest trochę łatwiej, choć wg ustawy byłego już ministra Jana Szyszki można było (czy cały czas można?) wyciąć drzewa bez pozwolenia, jeśli się je tam posadziło. Ze zgrozą obserwowałam to, jak znikają drzewa z okolicznych podwórek, a mieszkańcy mieszkań-ciemnic odzyskują witaminę D. Ale może nie byli świadomi, że zaleca się dla zdrowia patrzeć na zieleń, przyrodę, co ponoć działa kojąco na nerwy. Cóż… Może wolą mieć plazmę powieszoną na ścianie w otoczeniu tapety-gaju brzozowego. A za oknem pieńki. Bo my z tą przyrodą to na bakier. Dopiero jak jej zabraknie… Ale wtedy to i już nas nie będzie. Amen.

 

 

Malarz, tekściarz i biegacz w worku na śmieci, czyli wspólny mianownik dwóch biegunów

Dzisiaj obejrzałam po raz drugi film „Twój Vincent” w reżyserii Doroty Kobieli i Hugh Welchman’a. To pierwszy pełnometrażowy film animowany wykonany techniką malarską. W projekcie filmowo-animacyjno-malarskim wzięli również udział, co ciekawe, prawdziwi aktorzy. Animacja malarska była procesem dość skomplikowanym i pracochłonnym, dlatego nie będę w szczegółach Wam tego opisywać. Warto jednak sobie uświadomić, że finalnie oglądamy 65 000 zdjęć prawdziwych obrazów poddanych animacji.

Jak wiemy, choć obsypany na świecie nagrodami, „Twój Vincent” nie zdobył Oskara. Z pewnością jednak przywrócił pamięć o wielkim malarzu jakim był Vincent Van Gogh. Teraz parę słów o nim – Geniuszu z Holandii.

Zaczął malować w dość późnym wieku, gdyż miał 28 lat. Długo nie mógł odnaleźć swojego miejsca w życiu. Imał się różnych zajęć, jednak to właśnie malarstwo okazało się jego przeznaczeniem. Jego twórczość to 8 lat, 800 obrazów, 1 obraz sprzedany za życia. Za życia naznaczonego cierpieniem i chorobą. W filmie poznajemy lekarza i przyjaciela Van Gogha doktora Gachet’a, leczącego z melancholii wielu ówczesnych artystów, nie tylko Van Gogh’a, który był nie raz pacjentem szpitala psychiatrycznego. Melancholia to ładne określenie na depresję.

Film „Twój Vincent” ogląda się niczym kryminał, gdyż młody syn listonosza – Armand Roulin – ma dostarczyć list Van Gogha do jego młodszego brata Theo, jednak już po śmierci samego autora listu. Początkowo sceptycznie nastawiony, zaczyna angażować się emocjonalnie w całą tę sprawę – tajemniczej śmierci Mistrza.

Wpisuję w wyszukiwarkę hasło „Van Gogh choroba”. Natrafiam na ciekawy artykuł o możliwych i domniemanych schorzeniach artysty: https://zdrowie.radiozet.pl/Psychologia/Vincent-van-Gogh-na-jakie-choroby-cierpial-Przyczyny-smierci-artysty. Podaję link dla osób zainteresowanych trochę medycyną, gdyż lista wymienionych chorób jest dość długa. Dla osób jeszcze bardziej zainteresowanych tematem polecam przeczytanie artykułu Katarzyny Janiszewskiej o związkach geniuszu, kreatywności i znanych twórców z chorobą afektywną dwubiegunową: https://plus.gazetakrakowska.pl/magazyn/a/choroba-ktora-laczy-w-sobie-geniusz-depresje-i-szalenstwo,11671288.

Przy okazji chcę Wam polecić jeszcze jeden film, który mnie swojego czasu wzruszył. I nie tylko mnie. Po raz pierwszy w kinie, po projekcji, nie na żadnym festiwalu czy konkursie, ale na pokazie Dyskusyjnego Klubu Filmowego, rozległy się gromkie oklaski. Ale były to oklaski pełne zadumy. Bo drugi film o którym piszę również opowiada o wielkim Artyście, a mianowicie o Wojciechu Młynarskim, którego większość Polaków kojarzy jako genialnego autora piosenek (2000 tekstów!). Obejrzyjcie koniecznie, tutaj wstawiam zwiastun filmu “Młynarski. Piosenka finałowa” (reż. Alicja Albrecht): https://www.youtube.com/watch?v=piDjpwMsaGM. Piszę o Wojciechu Młynarskim, gdyż to również artysta, który chorował na zaburzenie afektywne dwubiegunowe.

Ale wśród chorych są nie tylko sami artyści. Przykładem jest bohater obsypanego nagrodami filmu „Poradnik pozytywnego myślenia” (reż. David O. Russell). Film również wart rozważenia przy wybieraniu projekcji na nadchodzący weekend. Weekend dobrego kina i refleksji. No i oczywiście festiwalu wiosny za oknem, mam nadzieję!

 

O niezwykłej guwernantce, która inspiruje kobiety nie tylko ze świata nauki, czyli od Szczuk do Paryża – historia pewnej Marii

Dzisiejszy Świąteczny post (choć ten Wielki Post już za nami) chciałabym poświęcić niezwykłej polskiej guwernantce. Czy domyślacie się o kim piszę? Dam Wam parę podpowiedzi. Z pewnością można nazwać szczęściarzami dzieci z ziemiańskiej rodziny Żorawskich w Szczukach pod Przasnyszem, które miały z nią do czynienia. Choć w sumie ciekawe jakim była nauczycielem… Zarobione w ten sposób pieniądze przekazywała między innymi swojej siostrze, która studiowała na Sorbonie. Czy wiecie już o kim piszę?

Tak, o Marii Skłodowskiej-Curie. Zrobię teraz to, co zawsze kiedy dla Was piszę. Idę do swojej biblioteczki i wyciągam encyklopedie, słowniki i inne książki czy prasę na biurko. To ciekawe doświadczenie A.D. 2018 otworzyć tradycyjną encyklopedię PWN z 1987 roku. 31 lat, „S” – czwarty tom, strona 194. Jest! Maria Skłodowska-Curie żyła 67 lat (1867-1934). A zatem w tym roku mija 151 lat od jej narodzin. O! Jaka ciekawostka definicyjna. Pierwszą informacją (po dacie narodzin i śmierci) o Marii Skłodowskiej-Curie w mojej starej encyklopedii jest to, że była… Żoną P. Curie. Wiedziona ciekawością, szukam jaka informacja o Marii Skłodowskiej-Curie ma priorytet na Wikipedii. Otóż dowiadujemy się, że jej rodzina była spod herbu Dołęga, potem: data i miejsce urodzin oraz śmierci.

To że była wybitną fizyczką i chemiczką, dwukrotną laureatką Nagrody Nobla (1903, 1911), pierwszą profesorką fizyki na Sorbonie, a w 1995 roku jako pierwsza kobieta spoczęła w paryskim Panteonie powinien wiedzieć każdy. Przypominam te podstawowe informacje, bo tak jak można zapomnieć z lekcji chemii tablicę Mendelejewa (oby to nie był polon i rad), choć pewnie po części mamy ją (tablicę) w naszych posmogowych płucach, tak takiej osobowości jak Maria Skłodowska-Curie się nie zapomina. Dlaczego? Bo są po prostu inspirujące. Do inspirowania się właśnie naszą wspaniałą Rodaczką przyznaje się wiele kobiet, nie tylko ze świata nauki, jak np. Ada Yonath (izraelska noblistka, prowadziła badania nad rybosomem), dla której Maria Skłodowska-Curie była bohaterką.

Sporo o Marii Skłodowskiej-Curie dowiedziałam się od pewnej amerykańskiej dziennikarki i pisarki Marcii DeSanctis, która w swojej książce pt. „100 miejsc we Francji, które każda kobieta powinna odwiedzić” cały rozdział zatytułowany „Pierwsza dama nauki. Instytut Curie, Musée Curie, Paryż” poświęca polskiej Noblistce. Drogie Pani i Panowie, pozwolę sobie na parę cytatów z tej książki. Czytając cały rozdział czułam niesamowitą dumę z tego, że jestem Polką. Byłam autentycznie wzruszona samą lekturą, bądź co bądź, przewodnika.

Marcia DeSanctis pisze: „Mnie samą zaskoczyło wzruszenie, z jakim zwiedzałam gmach poświęcony kobiecie, której wielkość była rezultatem nie urody, małżeństwa czy urodzenia, lecz niezłomnej siły umysłu”.

„Już jako dziesięcio-, jedenastolatka stawiałam ją sobie za wzór do naśladowania, wzór kobiety, która potrafiła samodzielnie zrealizować swe marzenia i ambicje – mówi profesor Anna Balazs, wykładowczyni inżynierii chemicznej na Uniwersytecie Pittsburskim – Uważałam, że to wspaniałe”.

Pamiętacie, że w Encyklopedii PWN z lat 80. Maria Skłodowska-Curie była głównie żoną męża profesora? W rzeczywistości Pierre Curie porzucił własne badania, by wspierać badania żony (ok. 1895 r.!)

„Część jej (M S.-C.) spuścizny stanowią nieustępliwość, poświęcenie i zapał – mówi profesor Balaz. – To cechy bardzo cenne w prowadzeniu badań i ważne, by wiedziały o tym dziewczynki, które interesują się nauką”.

I właśnie ja uświadomiłam sobie, że moją pasją jest nauka. Mam już tytuł magistra, ukończone dwie podyplomówki, ale jestem na drugim licencjacie z filologii angielskiej i za dwa lata będę się ubiegać o zagraniczny doktorat. Szczegółów na razie nie zdradzam 😉

Przede mną do nadrobienia: obejrzenie filmu o Marii Skłodowskiej Curie (reż Marie Noelle) oraz „Maria Curie. Biografia” napisana przez Ewę Curie i Alicję Rafalską-Łasochę, „Maria Skłodowska-Curie – kobieta niezwykła”.

Kończąc, zdałam sobie sprawę, że i ja jestem na swój sposób guwernantką 😉. Oczywiście nie porównuję siebie (broń Boże!) z Marią Skłodowską-Curie. Ale to miłe, że być może i moje naukowe plany kiedyś się ziszczą, a postać Marii Skłodowskiej-Curie pozostanie zawsze wzorem do naśladowania.

I na koniec końców taki cytat z klasyka – Marii Skłodowskiej-Curie:

Ja zaś myślę, że w każdej epoce można mieć życie interesujące i użyteczne, a o to głównie chodzi, aby go nie zmarnować i móc sobie powiedzieć, jak Jean Christophe (autor Romain Rolland) „Jak tylko mogłem”.

Życzę Wam Wesołych Świąt!

Wasza Guwernantka 😊

 

O zespole, który przenosi słuchaczy w czasie. Oj, Hańba! jak dobrze im to wychodzi

Wczoraj wybrałam się na koncert zespołu Hańba!, który odbył się  w bardzo klimatycznym miejscu w moim mieście, a mianowicie w Czarnym Spichrzu, który został wybudowany na przełomie XVIII i XIX wieku. Na półtorej rodziny przed koncertem napisała do mnie koleżanka, czy się z nią na niego nie wybiorę. Pomyślałam, czemu nie. Nie miałam już czasu na przesłuchanie choćby fragmentu ich twórczości na TouTubie czy poczytanie o nich informacji w Internecie.

Na scenie ukazali się przede mną czterej panowie w strojach rodem z międzywojennej Polski, a tematyka  teksów piosenek też była jakaś niewspółczesna. Jak się okazało ich autorami są m.in. Julian Tuwim, Władysław Broniewski czy Jan Brzechwa. A zatem przeżyłam absolutną podróż w czasie do Polski lat 20. i 30. Była to podróż legalna, gdyż muzycy są laureatami tegorocznych Paszportów Polityki w kategorii Muzyka popularna za: „muzyczno-literacko-polityczną rekonstrukcję, która daje efekt zaskakujący” za ich płytę Będą bić!, na której „uderzają w militaryzm, nacjonalizm, ksenofobię i przestrzegają przed coraz bardziej nieuchronną katastrofą”. Członkami zespołu są: Andrzej Zamenhof, Wiesław Król, Adam Sobolewski, Ignacy Woland. Wykonują oni muzykę punk rockową, bo jak sami mówią: „Wyobraźmy sobie, że punk rock nie powstaje na wyspach brytyjskich w latach siedemdziesiątych, lecz w międzywojennej Polsce, jako wyraz buntu przeciwko autorytarnym rządom sanacji. Oto, czym jest Hańba!”. Zespół powstał w Krakowie w 2013 roku i jak do tej pory wydał pięć płyt.

W 2015 roku wystąpili w Muzeum Historii Żydów Polskich. Słuchając ich koncertu w Czarnym Spichrzu miałam takie momenty, że przenosiłam się właśnie do tego Muzeum, a dokładniej do galerii nr 6 na Żydowskiej Ulicy 1918-1939. Po prawej stronie uliczki mamy omówione sprawy polityczne międzywojnia, w tym różne postawy polityczne. A po lewej wchodzimy w świat kultury: świat kawiarniany (m.in. możemy „pobyć” w  Małej Ziemiańskiej, która znajdowała się przy ul Mazowieckiej w Warszawie), wejść w świat kina czy poczytać żydowską prasę. Przeniesiemy się też na ulicę Tłomackie 13, przy której działał związek Literatów i Dziennikarzy Żydowskich.

Tuwim, Leśmian, Słonimski to m.in. twórcy pochodzenia żydowskiego, których rola dla polskiej kultury jest nieoceniona. I z tego dziedzictwa czerpie właśnie inspirację zespół Hańba!.

Ich twórczość wzbudziła zainteresowanie amerykańskiej stacji radiowej KEXP, która nagrała ich występ w bardzo klimatycznych okolicznościach (obejrzyjcie i posłuchajcie sami: https://www.youtube.com/watch?v=uYcYM3kgv_I)

Słuchając ich koncertu również i mi udzieliła się nostalgia za tamtymi czasami, kiedy Polska była tyglem kulturowym. Budziło to moim zdaniem ciekawy ferment intelektualny i właśnie kulturalny. Jednak, jak wiemy z historii, to inne prądy polityczne i ich konsekwencje zadecydowały o tym, że Polska jest bardzo jednorodnym krajem.

Świat aktualnie, choć dostępny i otwarty jak nigdy wcześniej, stał się też jednocześnie nieufny i wyczulony na inność czy obcość.  Tymczasem ja lubię okres międzywojenny w kulturze, bo choć jest on tak krótki, tak wiele się w nim wydarzyło, tyle wybitnych jednostek, które wydał wielokulturowy świat.

Cieszę się, że w naszym monokulturowym świecie udało się zaistnieć z sukcesami takiemu zespołowi jak Hańba!. Na koncercie jest energia, moc i emocje. Polecam Wam wybrać się na ich koncert.

https://www.facebook.com/Hanba1926/ – trasa koncertowa jest dostępna na ich stronie na Facebooku.

PS Muzeum Historii Żydów Polskich Polin w Warszawie też odwiedźcie. Polecam.