Artysta po przecinku, wielki talent i kropka, czyli kto, co, gdzie, kiedy i dlaczego w śledztwie Guwernantki

Na początku uważam za stosowne napisać krótki wstępniak. Niech to będzie moja odpowiedź dla Facebooka na dramatyczne apele czy Guwernantka jeszcze żyje w stylu: „Od jakiegoś czasu nie ma z Tobą kontaktu. Napisz post”. Jak miło, że Facebook troszczy się o mnie i moich Czytelników, bo jeszcze na samym początku podaje ich dokładną liczbę – polubienia strony. Wtedy zawsze wzdychałam i myślałam: „No coś trzeba napisać”. I pomysły były oraz są. Z pewnością po nie kiedyś sięgnę. Ale żaden z nich nie był w stylu filmu Woody’ego Allena „Scoop – Gorący temat”, który wbije mnie w krzesło i wręcz do niego przykuje. Dałam sobie czas i… Ruszyłam w świat. Trwało to dokładnie 1,5 miesiąca. Zaczęłam od majówkowego urlopu w Ustce, przełom miesięcy spędzając w Paryżu, a połowę czerwca w Krakowie. Wiele udało mi się zobaczyć, wielu ludzi spotkać, wiele rzeczy spróbować i wiele rzeczy kupić jako trofea podróżnicze tzw. souvenirs. Czuję, że z tych źródeł długo jeszcze będę czerpać. A żeby źródło nie wyschło, przechodzę teraz płynnie do tematu dzisiejszego wpisu.

A jest nim Artysta. Po tym jak zwiedziłam Luwr, Muzeum d’Orsay, Sukiennice, Muzeum Narodowe w Krakowie, Cricotekę i jeszcze wiele, wiele… Bo przecież będąc na Montmartre wręcz otarłam się o prawdziwych artystów przy pracy. Zastanowił mnie jednak pewien fenomen. A mianowicie bycie „artystą po przecinku”. Tak to sobie nazwałam, gdyż czytając biogram niektórych artystów mamy przed sobą jakby zlepek artystycznych życiorysów, którymi można obdzielić kilka osób. Czasami poznani przeze mnie artyści zaczynali jako malarze a kończyli jako bardzo znani muzycy (np. Serge Gainsbourg) czy reżyserzy (np. Andrzej Wajda). Są jednak i tacy artyści, którzy przez całe życie wykonywali różne zawody artystyczne jednocześnie z równie dobrym skutkiem w każdej z dziedzin (Leonardo da Vinci, Stanisław Wyspiański, Stanisław Ignacy Witkiewicz, Tadeusz Kantor). Dla mnie to fenomen, o którym chcę napisać ten post. Przyjmę formę śledztwa, gdyż chadzając po muzealnych i galeryjnych korytarzach sporo podglądałam. Czas na wnioski.

KTO

Stanisław Wyspiański

CO

Wystawa „Wyspiański. Posłowie”

GDZIE

Muzeum Narodowe w Krakowie

KIEDY

17.05-29.09.2019

DLACZEGO

Stanisław Wyspiański – dramaturg, poeta, malarz, grafik, architekt, projektant mebli. Sporo jak na życiorys człowieka, który niestety zmarł już w wieku 38 lat. Ponoć potrafił pracować 36 godzin bez żadnej przerwy. Takiego stylu życia są efekty w postaci licznych dzieł. Ilustrował również książki. Na wystawie można zobaczyć rysunki do pierwszej księgi „Iliady” Homera. Projektował witraże jak np. witraż „Apollo” do Domu Towarzystwa Lekarskiego w Krakowie. Poza tym możemy podziwiać tkaniny dekorowane ornamentami kwiatowymi zaprojektowanymi przez artystę. Do tego olejne obrazy, rysunki czy rysunki kostiumów do sztuki Lucjana Rydla „Zaczarowane koło” (1899). Uważam zatem, że artysta zasłużenie otrzymał posadę docenta malarstwa dekoracyjnego w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych w 1902 r.

KTO

Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy)

CO

Największa na świecie kolekcja prac plastycznych S. I. Witkiewicza (Witkacego)

GDZIE

Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku, Biały Spichlerz

KIEDY

Otwarcie wystawy 11 lipca 2019 r.

DLACZEGO

Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) – pisarz, malarz, rysownik, filozof, dramaturg, fotografik, teoretyk i krytyk sztuki. Jest jednym z najczęściej tłumaczonych autorów polskich (30 języków) oraz najczęściej granym polskim autorem na zagranicznych scenach. W młodości Witkacy miał chłonny umysł i przejawiał różnorodne zdolności. Do jego zainteresowań należało malarstwo, fotografia, muzyka, nauki ścisłe, filozofia. Do tego należy podkreślić, iż Witkacy bardzo dużo podróżował. Najlepszym potwierdzeniem tego, iż Witkacy to idealny przykład „artysty po przecinku”, to poniższy cytat:

„Przed pół wiekiem Konstanty Puzyna przepowiadał, że Witkacy “wyżywi” jeszcze kilka pokoleń badaczy. Z jego dorobku nieprzerwanie czerpią teatrolodzy, poloniści, historycy sztuki, idei, filozofowie. W ślad za teoretykami postępują praktycy – twórcy i artyści: malarze, fotografowie, filmowcy, performerzy, aktorzy, reżyserzy, prozaicy, dramatopisarze; artystyczni skandaliści, jak i dobrze poukładane, ścisłe umysły”.

https://culture.pl/pl/tworca/stanislaw-ignacy-witkiewicz-witkacy

Trzecim „artystą po przecinku” w moim śledztwie miał być Tadeusz Kantor. Postanowiłam jednak, że o tym artyście napiszę osobny post. Czas zatem na wnioski ze śledztwa. To naprawdę możliwe mieć wiele talentów. Trzeba tylko wtedy tak ułożyć życie by je odkryć, rozwijać, być może w formie wykonywanego zawodu. Talent rodzi zainteresowanie, czy zainteresowanie rodzi talent? Tutaj chyba nie ma reguły. Myślę jednak, że jeśli mamy hobby to w naturalny sposób w wolnym czasie (jeśli nasz talent to nie nasz chlebodawca) możemy ten talent rozwijać. Postanowiłam przyjrzeć się moim aktualnym hobby i poszukać inspiracji na nowe. Na blogu https://www.joulenka.pl/jakie-sa-hobby/ znalazłam dość długą listę hobby. Mój bilans wykazał, że z pewnością: czytam książki, oglądam filmy, słucham muzyki, spaceruję, gotuję, chodzę na siłownię, bloguję, piszę wiersze, uczę się języków, podróżuję, chodzę na basen. A co chcę do tej listy dopisać? Z pewnością fotografię, naukę gry na pianinie, uprawę roślin domowych (marzą mi się kaktusy 😉), naukę tańców latynoskich, malowanie. Pierwszy krok w kierunku nowego hobby – fotografii zrobiony. Zapraszam do Atelier Guwernantki: https://www.instagram.com/atelier_guwernantki/

Mam nadzieję, że czujecie się zainspirowani do, być może, powrotu do starych pasji, kontynuowania obecnych, odkrywania przyszłych. Zachęcam do dzielenia się refleksjami w komentarzach 😊

Advertisements

Wiosna przyszła na poważnie w muzyce poważnej, bo za oknem zaledwie 12⁰…, czyli Guwernantka słucha muzyki i idzie na balety

21 marca 2019. Słońce wzeszło o 5:37, zajdzie o 17:50. Od dzisiaj dzieci rodzą się spod znaku Barana. Witamy na świecie! Imieniny, a jakże, Marzanny, ale i Mikołaja. Ładne połączenie. Wiosna po 89 dniach zimy to piękny prezent. Oby pogoda za oknem mówiła nam to, w czym utwierdza nas kalendarz. MAMY WIOSNĘ! Cieszmy się, bo za rok, w 2020, będziemy czekać na nią o dzień dłużej z racji roku przestępnego – 90 dni.

No dobrze, po tym wstępie, zaczęłam zastanawiać się nad związkami kultury z wiosną. Spokojnie, nie będę pisała recenzji III tomu „Chłopów” pt. „Wiosna” Władysława Reymonta. Choć o naszym Nobliście z 1924 r. wypada wspomnieć, gdyż to właśnie za ten utwór go uhonorowano, a konkretnie za jego uniwersalizm.

Zdecydowanie więcej inspiracji wiosną odkryłam w muzyce klasycznej. Zacznę od „Sonaty wiosennej” opus 30 Beethovena na skrzypce i fortepian. Kompozytor skomponował ten utwór w 1801 r. Czym jest sonata? Zaglądam do Słowniczka „Muzyki klasycznej dla bystrzaków”, którą polecam wszystkim zainteresowanym, a niewtajemniczonym w te zagadnienia. Teraz już wiem, że sonata to: „kompozycja mająca na celu zademonstrowanie dźwięku i techniki określonego instrumentu, czasem dodatkowo z akompaniamentem fortepianu”.

Od początku kiedy piszę ten post towarzyszy mi muzyka Beethovena. Najpierw wysłuchałam „Sonatę wiosenną” opus 30 w wykonaniu pianisty Daniela Barenboima. Kiedy piszę te słowa wsłuchuję się już w inne wykonanie i dodatkowo skrzypce Anne-Sophie Mutter, przy akompaniamencie fortepianu przy którym gra Lambert Orkis. Piękna muzyka. Polecam Wam w wolnej chwili, albo nawet mimochodem, robiąc coś innego, posłuchać muzyki Beethovena.

Inny kompozytor, Robert Schumann, również wziął na warsztat motyw wiosny. Przez najbliższe pół godziny zanurzę się w jego muzyce, a dokładnie w „Symfonię wiosenną” I Symfonię B-dur, opus 38 z roku 1841. Słucham symfonii wykonywanej przez The Buchmann-Mehta School of Music. Nie omieszkam i teraz pochylić się nad terminem „symfonia”. Jest to bowiem „utwór muzyczny na orkiestrę, zwykle mający ustaloną czteroczęściową formę”. Jestem laikiem i dopiero poznaję muzykę klasyczną. Dlatego nie chcę udawać eksperta, bo nim nie jestem. Mogę jednak z czystym sumieniem napisać: to jest ładne. I jest to szczera opinia, panie Schumann. Obiecuję dalej kształcić swój gust muzyczny!

A teraz przejdziemy do baletu. I oczywiście „Święta wiosny”. Premiera tego baletu miała miejsce w Paryżu 29 V 1913 roku w Théâtre des Champs – Elysées. Warszawska premiera miała miejsce dopiero w 1962 roku. Muzykę skomponował oczywiście Igor Strawiński. Choreografię ułożył Wacław Niżyński. Taniec wykonały Balety Rosyjskie Diagilewa pod dyrekcją Pierre’a Montreux. Libretto „Święta wiosny” osnute jest na wiosennych obrzędach dawnej pogańskiej Rusi. Premiera paryska wywołała głośny skandal. Zainteresowała mnie ta informacja. Czy balet może aż tak kogoś oburzyć? Obejrzałam rocznicowe przedstawienie z 2013 roku, a zatem 100 lat później i w dodatku w tym samym miejscu – w  Théâtre des Champs – Elysées. Transmisja telewizji Arte podzielona była na dwie części. Można powiedzieć, tradycyjną i nowoczesną. Wersję pierwszą obejrzałam ze sporym zainteresowaniem. Choreografia była oparta na oryginalnej wg Wacława Niżyńskiego. Podejrzewam, że stroje też starano się zrobić podobne do tych sprzed wieku. Jako „laik-baletnik” widzę, że to zdecydowanie nie klasyczny balet, ale jak na 1913 rok nadzwyczaj nowoczesny i dynamiczny. Nie mam zbyt dużego porównania do innych baletów. Proszę, wrzucam link:

https://www.youtube.com/watch?v=YOZmlYgYzG4

Chciałam jednak obejrzeć bardzo interpretację „Święta wiosny” w choreografii Piny Bausch. Jakiś czas temu widziałam o niej film dokumentalny. Oto zwiastun filmu o Pinie Bausch:

https://www.youtube.com/watch?v=nRQcvcBGf9M

Zawsze widziałam tylko fragmenty „Święta wiosny” w jej interpretacji. Dzisiaj obejrzałam całość i… Właśnie wyszło słońce! A dzieło Piny Bausch jest wprost niesamowite. Pomysł z pokryciem sceny (i tu wstawiam „…”, przekonaj się sam/a) jest genialny. Choreografię charakteryzuje niezwykła dynamika, wręcz dramatyzm. Śmiesznie to brzmi, ale ten taniec wciąga i pochłania jak dobra książka czy film. Kiedy balet się skończył, powiedziałam: „To już?”, najchętniej oglądałabym dalej. Naprawdę Wam polecam, obejrzyjcie „Święto wiosny” Piny Bausch – niemieckiej tancerki i choreografki tańca współczesnego, która niestety w 2009 roku nagle zmarła. Tu jest link:

https://www.youtube.com/watch?v=VUfj3vGo4n4

Wybierzmy się za Ocean Atlantycki. A konkretnie w góry Appalachy. Sprawcą całej podróży jest niejaki Aaron Copland – najbardziej lubiany amerykański kompozytor. Co ciekawe, wprowadzał do swoich kompozycji elementy jazzowe. Jego najsłynniejszym dziełem uhonorowanym Nagrodą Pulitzera, jest „Wiosna w Appalachach”, która miała premierę w Waszyngtonie w 1944 roku. Jest to balet, do którego choreografię ułożyła Martha Graham. To historia świeżo poślubionej pary, farmera i jego żony, którzy sprowadzają się na farmę w Appalachach. Młoda para para radując się z nadejścia wiosny, buduje swój szczęśliwy dom. Z zapartym tchem wysłuchałam i obejrzałam ten balet w wykonaniu młodej, pełnej wdzięku baletnicy Cosella Ballet & Orchestra i pewnego uroczego rekwizytu. Podobało mi się to, iż orkiestra gra na scenie, nie jest nigdzie ukryta, a baletnica wchodzi w interakcje z muzykami. Obejrzyjcie koniecznie, zajmie Wam to niecałe pół godziny. Proszę, oto link:

https://www.youtube.com/watch?v=DyNr2kZiYgI

Po sonatach, symfoniach, balecie… Zapragnęłam jeszcze obejrzeć obraz „Primavera”, czyli „Wiosna” (1477-1478) Sandro Botticellego. Wyskoczyłam zatem na moment to Galerii Uffizi we Florencji zobaczyć jak Merkury obwieszcza nadejście Wiosny.

Tak to niczym zbliżający się kwiecień-plecień, w marcu garncu przeplatałam naturę z kulturą. Mam nadzieję, że deser z kulturą naturalnie mi się udał! 😊

 

O sztuce inspiracji na przykładzie malarstwa Jerzego Dudy-Gracza oraz Edwarda Hoppera, czyli Guwernantka popełniła wiersz

Czy patrząc na obraz zdarza Wam się słyszeć muzykę? Albo na przykład rozmowę postaci z obrazu? W przypadku malarstwa Jerzego Dudy-Gracza sprawa wydaje się łatwiejsza. Stało się tak dzięki płycie Mai Kleszcz i Kwartetu Prowincjonalnego zatytułowanej po prostu „Dudzie-Graczowi” (2017). Drugą stroną medalu/płyty jest córka artysty – Agata Duda-Gracz, która napisała teksty do muzyki skomponowanej przez Maję Kleszcz. Oczywiście Maja Kleszcz śpiewa utwory, a my korzystając z dołączonej do płyty książeczki, jesteśmy jednocześnie w sali koncertowej i w galerii sztuki, gdyż znajdują się tam reprodukcje obrazów Jerzego Dudy-Gracza.

Jerzy Duda-Gracz (1941-2004) jest uważany za jednego z najważniejszych polskich malarzy XX. Ale był też rysownikiem, grafikiem i scenografem. Jego obrazy wyróżnia z jednej strony groteska i ironia, a z drugiej sentymentalizm oraz nostalgia. Widać wyraźnie, że czerpał z malarstwa młodopolskiego. Jego twórczość bywa określana jako gorzka satyra na Polskę. Najbardziej monumentalnym projektem malarza był nieukończony cykl 300 obrazów „Chopinowi”.

To co wyróżnia ten wyjątkowy projekt muzyczny to wykorzystanie dawnych instrumentów polskich. Paradoksalnie nasuwa się stwierdzenie „świeżość dźwięków”, bo po prostu są nam takie instrumenty muzyczne mniej znane. Obraz + słowo + dźwięk. Fantastyczne połączenie. Kulturalne fluidy inspiracji musiały skutecznie i twórczo krążyć między artystami.

I ja postanowiłam spróbować swoich sił jako autorka tekstów. Jednak nie wybrałam jako zadania z kreatywności obrazu Jerzego Dudy-Gracza. Kiedyś czytałam książkę Liz Rideal „Jak czytać obrazy. Treść, forma, technika”. Dzięki temu poznałam obraz Edwarda Hoppera z 1939 roku „Kino w Nowym Jorku”. Postanowiłam dowiedzieć się czegoś więcej o tym wyjątkowym malarzu. W tym celu zaglądam do swojej biblioteczki i odnajduję „Dzieje kultury Stanów Zjednoczonych” autorstwa Marka Gołębiowskiego. Z rozdziału „Kultura modernizmu (1900-45)” dowiaduję się, iż „Edward Hopper jest najdoskonalszym malarzem-realistą XX-wiecznej Ameryki”. Część krytyków widzi w nim nawet najoryginalniejszego malarza amerykańskiego XX w.

Trafiam również w internetowym wydaniu „Gazety Wyborczej” na wywiad z Filipem Lipińskim, który jest zarówno amerykanistą jak i historykiem sztuki. Rozmowa z nim dotyczy filmu Gustava Deutsch’a „Shirley – wizje rzeczywistości” (2013). Jeśli jest to post o „sztuce inspiracji”, to nie mogłam trafić lepiej z wyborem artysty. Bowiem twórczość Edwarda Hoppera (1882-1962) przeniknęła szeroko do popartu. Dzięki temu, iż jego obrazy cechuje nadzwyczajna filmowość, a ujęcia mają cechy kadru, jego sztuką inspirowali i nadal inspirują się reżyserzy. Wymienię tutaj choćby: Alfreda Hitchcocka (obraz „Dom przy torach”) czy Andrzeja Wajdę. Ten ostatni wykorzystał motyw z obrazu „Kobieta w słońcu” w swoim filmie „Tatarak” z Krystyną Jandą w roli głównej.

Co ciekawe, jego jedyną modelką od 1924 r. była… Jego żona – Josephine Nivison, również malarka. No właśnie. Kim są bohaterowie obrazów Edwarda Hoppera. Eksperci nazywają ich zbiorczo „everymanami”. Pragnę zobaczyć tych „everymanów”. Dzięki wyszukiwarce Google Grafika patrzę na przekrój prac artysty. Co widzę? Widzę postaci siedzące w barach, w prawie pustych pokojach, bezduszne stacje benzynowe czy piękne latarnie morskie. Natrafiam też na obraz, który zainspirował mnie bardziej niż „Kino w Nowym Jorku”. Dzieło to nosi tytuł: „Automat” (1927). Zanim napiszę własną impresję liryczną na temat tego obrazu, przeczytajcie jak z twórczością Edwarda Hoppera zmierzył się nasz Noblista – Czesław Miłosz.

„O! Edward Hopper (1882-1967), Pokój hotelowy, Thyssen Collection, Lugano”.

O, jaki smutek nieświadomy, że jest smutkiem!

Jaka rozpacz, nieświadoma, że jest rozpaczą!

Kobieta kariery, obok walizki, siedzi na

Łóżku, półnaga, w czerwonej halce, uczesanie jej

Nienaganne, w ręku kartkę z cyframi.

Kim jesteś – nikt nie zapyta, sama też nie wie.

(http://edukacjafilmowa.pl/shirley-wizje-rzeczywistosci-2013/)

 

Na powyższej stronie internetowej możecie poczytać więcej na temat filmu „Shirley – wizje rzeczywistości”. Miałam okazję obejrzeć ten film. Myślę, że amatorom sztuki powinien się spodobać.

 

Zobaczcie  obraz „Automat”, gdyż zaraz będziecie mieli okazję przeczytać napisany przeze mnie wiersz inspirowany właśnie tym obrazem Edwarda Hoopera.

 

https://www.edwardhopper.net/automat.jsp

 

Guwernantka

„Automat”

Tylko przez chwilę jest sama

Nie zdjęła rękawiczki

Nie ma kto objąć dłoni

Ta druga ma lepiej

Trzyma ucho filiżanki

Namiastkę człowieka

Otulona płaszczem wspomnień

Usta malowała dla kogoś

Z przyszłości

Bruneta o cierpkim uśmiechu

Jak kawa

Filiżanka pełna odcisków szminki

Dowodów wiary we wróżby z fusów

Samotna?

Tak, poproszę drugą kawę

Smutna?

Tak, słodzę.

To tylko wewnętrzny dialog

Nawet nie kelner

Lecz automat do kawy

 

Wiecie co, by napisać dla Was ten post wybrałam się w fascynujący świat malarstwa, muzyki, filmu i liryki. Bo teksty Agaty Dudy-Gracz są bardzo liryczne. Aż na koniec zafundowałam sobie własne warsztaty pisarskie inspirowane malarstwem Edwarda Hoopera. Była to przygoda pełna wyrafinowanej estetyki i próba kreatywnego przetworzenia tego, czego doświadczyłam. Fajnie zrobić sobie warsztaty creative writing pod okiem takich mistrzów. Bo sztuka inspiracji to krążące wszędzie kulturalne fluidy, tylko czekające by zarazić i Ciebie bakcylem poezji, malarstwa, filmu, muzyki itp., itd.

 

 

 

 

 

 

 

“Dobry rok”, czyli Guwernantka interpretuje obraz znaleziony między wierszami

Obarczam swoje książki ciężarem wspomnień. Nie, nie jesiennych liści. Ostatnio moją torbę podróżną rozpakowałam z Cyprianem Norwidem. Jego „Wiersze wybrane” przez pana konduktora z Ossolineum przeniosły mnie w czasie. Krótki liścik adresowany do mnie, moje własne opowiadanie z warsztatów pisarskich z 2013 roku, zakładka do książek od Wolnego Uniwersytetu w Brukseli, gdzie byłam na Erasmusie w 2012 roku, druga zakładka z napisem: „Co by było, gdyby Maria Skłodowska-Curie pisała do szuflady?”. I nagle odkrywam za rogiem jednej ze stron białą kopertę. Otwieram ją, a tam… Reprodukcja obrazu René Magritte’a (1898-1967) z 1947 r. „La bonne année” („Dobry rok”). Tę i inne pocztówki z obrazami Magritte’a kupiłam w sklepie Musées Royaux des Beaux-Arts de Belgique w Brukseli.

Jestem przekonana, że reprodukcja ta z tak wymownym tytułem i w ładnej kopercie, miała trafić w czyjeś ręce. Ale nie było jej dane tam trafić. Niczym zakopany skarb w czeluściach norwidowskich strof przetrwała ze mną do 2019 roku.

Podziwiałam obrazy Magritte’a w Muzeum w Brukseli bardzo dokładnie. Najpierw patrzyłam wnikliwie na obraz, potem na tytuł, następnie znów na obraz. Ta metoda pozwoliła mi podchodzić do każdego obrazu Magritte’a z otwartą głową. Potem słuchałam wskazówki artysty i podążałam jej tropem. Nie jestem historykiem sztuki. Jednak mam do niej słabość. Lubię ją oglądać, w pewien sposób przeżywać, ale również o niej czytać.

W tym miejscu chcę napisać swoją interpretację odnalezionego obrazu „Dobry rok”. Wykorzystam pytania pomocniczego folderu do samodzielnej interpretacji wydanego przez Zachętę – Narodową Galerię Sztuki. Była ona dołączona do książki „Bardzo nam się podoba. Współczesna. Sztuka. Pytania”. Autorkami owej pozycji są: Małgorzata Bogdańska-Krzyżanek, Maria Świerżewska, Zofia Dubowska.

https://www.fine-arts-museum.be/fr/la-collection/rene-magritte-la-bonne-annee

„Dobry rok” – moja interpretacja

Najważniejszą rolę na obrazie odgrywają dwa balony. Jeden z nich pozostaje w oddaleniu, drugi jest na pierwszym planie. Suną one po jasnobłękitnym niebie, a swoją fakturą i białym kolorem przywołują na myśl… Chmury. Balony-chmury mają również swój osobliwy wyraz twarzy. Wyraźnie widzimy jednak tylko „twarz” tego balonu, który znajduje się bliżej nas – widzów. Jego wyraz twarzy jest groźny. Myślę, że tytułowy „Dobry rok” odpływa na wietrze gdzieś daleko. Jego twarz wydaje się spokojna i spełniona. Natomiast „nieznany rok” ma wyraz walki. Bo tak często jest. Zmagamy się z naszą codziennością, która często wydaje nam się mozolna i pozbawiona sensu. Zastanawia letnia oraz pogodna aura krajobrazu. W naszych warunkach klimatycznych stary i nowy rok spotykają się zimą. Przełom grudnia i stycznia to czas naszych rozmyślań: „Czy to był dobry rok” oraz „Co przyniesie Nowy Rok”? To „co przyniesie” mogą symbolizować kosze od balonów na nasze doświadczenia życiowe czy wspomnienia. Wszystko na obrazie wydaje się ulotne, tak jak ulotny jest czas. Mimo pastelowych barw artyście udaje się wzbudzić niepokój u odbiorcy dzieła. Nikt do końca nie zna swojej przyszłości. Ale poprzedni „Dobry rok” może dawać nadzieję, że ten nadchodzący będzie równie dobry.

 

 

 

 

 

„Janis Joplin zmartwychwstała!”, czyli o skutkach ubocznych karmienia się kulturą

Przyczynkiem do napisania tego wpisu jest cover Janis Joplin „Cry baby” wykonany na etapie tzw. „przesłuchań w ciemno” w programie The Voice of Poland przez Natalię Sikorę. Mówienie o muzyce jest potrzebne, ale najpierw trzeba jej posłuchać i ją po prostu poczuć. Na debaty przyjdzie zatem pora, dlatego posłuchajcie proszę tego wyjątkowego, moim zdaniem, cover’u:

https://www.youtube.com/watch?v=42SgEQOzQw0

Na początek napiszę parę słów o samej Natalii Sikorze, którą osobiście bardzo cenię. Na ostatnim roku moich studiów na Uniwersytecie Warszawskim mieszkałam dokładnie za Teatrem Polskim. Nie tylko podglądałam próby i obserwowałam aktorskie „papieroski” w przerwie, ale podziwiałam również „moich sąsiadów” na deskach teatru. I robiłam to naprawdę bardzo często. Dzięki temu miałam okazję zobaczyć na scenie Natalię Sikorę. Najpierw wybrałam się na spektakl „Wszędzie jest wyspa tu” na podstawie poezji Wisławy Szymborskiej w reż. Magdaleny Smalar. Pamiętam, że nawet gdy Natalia nie mówiła aktualnie  żadnej ze swoich kwestii, ja ją od czasu do czasu obserwowałam. Zawsze miałam wrażenie, że bardzo przeżywa to, iż jest w światłach reflektorów. Ośmielam się napisać, że sprawiała wrażenie  stremowanej. Ale do czasu… Kiedy już zaczynała śpiewać! Wtedy nie ma mowy o stresie czy wątpliwościach. Zwłaszcza kiedy pewnego wieczoru zasiadłam wygodnie w Sali Kameralnej Teatru Polskiego na spektaklu w reżyserii samej Natalii Sikory „Norwid Blues. Recital Natalii Sikory”. Muszę się przyznać, że spektakl ten ogromnie mnie wzruszył i w tym miejscu pragnę przeprosić „współpubliczność” za moje prostackie szlochy w czasie jego trwania. Jedno i drugie przedstawienie miało swoją premierę w 2012 roku.

W 2013 r. została wydana płyta „Zanim”. Moim zdaniem to perełka! A piosenki takie jak „Czarne włosy” w jej wykonaniu to po prostu duchowa uczta. „Zanim” w moim odczuciu jest płytą bardzo liryczną oraz w klimacie piosenki aktorskiej. Swoją drogą, Natalia Sikora jest absolwentką Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza w Warszawie. Jej wydana rok później (2014 r.) płyta pt. „BWB Experience” ma brzmienie zdecydowanie mocniejsze. Jeśli mam Wam się przyznać do czegoś, to przesłuchałam drugą płytę Natalii Sikory tylko raz. Mija pięć lat od momentu kiedy jej słuchałam i powiem Wam jedno. Chyba dojrzałam do tej płyty. Zawsze wolałam tę pierwszą, poetycką, liryczną, aktorską. Jednak wybrałam się na koncert Natalii Sikory bodajże w 2014 r. i nie żałuję. Nie było pod sceną wielu fanów, sam klub nie był duży, ale Natalia Sikora dała z siebie wszystko, całą energię! Śpiewała tak, że aż się martwiłam o jej głos! Artystka tańczyła beztrosko na boso i w swojej czarnej sukience z frędzlami.

Pomyślałam sobie, że aby lepiej zrozumieć moją idolkę, muszę choć trochę pojąć jej idolkę. Zapewne Natalia Sikora inspiruje się wieloma artystami. W końcu sztuka to jej branża. Na pewno słucha dużo muzyki – jest w końcu piosenkarką. Musi również sporo czytać – aktorstwo to jej  drugi zawód. Z uwagi jednak na cover Janis Joplin i to co powiedziała po występie, że: „(…) od wielu lat gdzieś z nią mentalnie przebywa”, postanowiłam poznać lepiej samą Janis Joplin.

W tym celu sięgam do mojego „Leksykonu buntowników” według Maxa Cegielskiego. Oczywiście znajduję tam Janis Joplin bez problemu. Już w samym wstępie pada słowo „charyzmatyczna”. Była prawdziwą przedstawicielką lat 60. Między innymi z powodu tego, że swobodnie realizowała hasła wolności seksualnej. Swoją karierę zawdzięcza tylko talentowi, nie urodzie. Kompleksy z dzieciństwa na tle wyglądu będą jej towarzyszyć chyba do końca życia, gdyż na dodatek pochodziła z małego miasteczka, gdzie została odrzucona przez lokalną społeczność. Janis Joplin miała w sobie szczerość, pasję, osobowość i… Ten głos! Głos, którym „nie może śpiewać biała kobieta”, jak słyszę z ust czarnoskórego muzyka, który miał okazję współpracować z Janis Joplin. To buntowniczka i nonkonformistka. Hipiska z krwi i kości, która stała się symbolem emancypacji kobiet. Jednakże jej historia ma też ciemną stronę. Używki i samotność. Z ogromnym zaciekawieniem obejrzałam o niej film z 2015 r. pt. „Janis” w reż. Amy Berg. W jednym z cytowanych listów Janis napisała: „Cholernie chcę być szczęśliwa”. To zwykłe oraz po prostu ludzkie pragnienie szczęścia z trudem jej się udawało (a może właśnie nigdy nie udało?) osiągnąć. Mawiała, że na scenie kocha się z tysiącami ludzi, a potem wraca sama do domu. W jej wielu wypowiedziach przebija myśl, że sława nie była w jej życiu najważniejsza. Mam wrażenie jednak, że ją cieszyła i w końcu dowartościowała. Z drugiej jednak strony okazała się również dla mniej zgubna. Janis Joplin wyznała kiedyś: „Może kiedyś będę gwiazdą. To zabawne. Gdy robi się to coraz bardziej realne, bycie gwiazdą traci swoje znaczenie. Cokolwiek to znaczy, jestem gotowa”. I była gotowa by dać z siebie wszystko co najpiękniejsze ze swojego ogromnego talentu, bezkompromisowej postawy czy żywiołowości. Tylko te cholerne 27 lat… Cholernie za mało. Cholernie niesprawiedliwie.

Bez wątpienia to co czytamy, czego słuchamy i co oglądamy, ma wpływ na to jak czujemy, co myślimy, a w konsekwencji robimy. Dlatego tak ważne jest czym się karmimy w sensie kultury. Zawsze jest na nią dobry moment w naszym czasie wolnym. Oczywiści zawsze mamy go za mało, dlatego warto moim zdaniem wybrać coś, co obok rozrywki dostarczy nam, jak do mawiają Anglicy, „food for thought”. A zatem, bon appétit!

 

 

 

 

Moje muzyczne przedpołudnie z „Romeo i Julią”, czyli YouTube gra dla mnie walentynkową serenadę

Po raz pierwszy „zmieniłam płytę” do pisania swojego bloga. Powód jest prozaiczny. Są Walentynki i postanowiłam o godzinie 11.09 wprowadzić siebie w miły nastrój. Skąd wzięłam inspirację? Jak wiecie jestem samoukiem i swego czasu kupiłam bardzo przystępnie napisaną książkę David’a Pogue’a oraz Scott’a Speck’a „Muzyka klasyczna dla bystrzaków”.

Artyści nawzajem siebie inspirują. Nie zdziwił mnie zatem fakt, iż Piotr Czajkowski (jak czytam w wyżej wymienionej książce – najlepszy rosyjski kompozytor, żył w latach 1840 – 1893) stworzył Uwerturę-fantazję „Romeo i Julia”. Oczywiście tytuł odwołuje nas bezpośrednio do utworu William’a Shakespeare’a.

Jaki był Piotr Czajkowski? Z książki dowiedziałam się, że jego charakter pasował do epoki romantyzmu, w której przyszło mu żyć: „Był zapatrzonym w siebie, neurotycznym, nadwrażliwym, pełnym namiętności człowiekiem, którego całe życie przebiegało w cierpieniu”. Autorzy piszą w dalszej części rozdziału wprost: „(…) był gejem. Homoseksualizm w Rosji był przestępstwem, karanym zsyłką na Sybir, tak więc Czajkowski przez całe życie zmuszony był ukrywać swoją orientację seksualną”.

Jego Uwertura-fantazja „Romeo i Julia” jest po prostu przepiękna. Warto jej posłuchać! Twoje 20 minut życia wypełnią emocje oraz melodie, które momentami znasz z filmów, seriali, a nawet reklam…

Na dalszych kartach książki dowiaduję się, że słucham już po raz drugi poematu symfonicznego, który: „ma za pomocą dźwięków orkiestry opowiadać o czymś, przytaczać jakąś historię”. Dzięki temu staje się niejako jak: „film muzyczny bez obrazu”.

Tymczasem „zmieniłam płytę” po raz trzeci. Choć pozostaję w kręgu interpretacji dramatu „Romeo i Julia”. Dzieje się tak za sprawą innego kompozytora, tym razem stylu neoklasycznego  – Sergiusza Prokofiew’a. To rodak Czajkowskiego, który żył w latach 1891-1953. Z propozycji autorów wybrałam istne arcydzieło – jak piszą sami autorzy książki – balet „Romeo i Julia”. Rzeczywiście. Piękna muzyka! Jak czytam w książce: „W swojej twórczości zdołał połączyć równowagę klasycyzmu z bólem i tęsknotą muzyki rosyjskiej”.

Balet to opowieść przekazywana za pośrednictwem muzyki i tańca, bez słów i śpiewu. Balet „Romeo i Julia” Prokofiew’a trwa około dwóch godzin. Jeśli nie dysponujesz w danym momencie czasem, posłuchaj suit baletowych – zbioru najbardziej atrakcyjnych fragmentów z oryginalnego baletu. Jestem przekonana, że wrócisz potem do całego dzieła.

Delektuję się nadal muzyką Prokofiew’a. Ale czas już zakończyć pisanie tego posta. Mam nadzieję, że udało mi się Was zainspirować do posłuchania muzyki klasycznej.

 

Życzę Wam pięknych Walentynek!

Bo miłość to taki przednówek…

Każdy pragnie zapełnić pustkę po zimie.

A zatem, do WIOSNY Panie Walenty Miły!

Długi. Bardzo długi POST, wprost na czas przed WIGILIĄ, czyli o tym jak się rodzę po 29 latach na bogato i nie robię z tego szopki, tylko tego… No czytajcie! Bo nie chcę się wygadać już w tytule, bo ja nie jestem plotkara, ale dyskretny człowiek. Bo mówią: „Żyje się raz”, a ja: „Tylko raz się jest CZŁOWIEKIEM”! Na Mikołajki, dla Ciebie, ten skromny, długi, wpis.

Od 9 lat kupowałam sobie na przełomie września i października kalendarze akademickie. Są kalendarze nauczycielskie, a ten akademicki odpowiadał najlepiej moim studenckim potrzebom organizowania życia od sesji do sesji. Ale mój kalendarz na rok 2018 był i, jeszcze przez ten ostatni miesiąc w roku jest, wyjątkowy. Bo to nawet nie kalendarz, ale… Notes. Notes Agnieszki Osieckiej!

Pierwsza strona: „Notes artystyczny na … r. należy do …”. Ale jak to? To ja mam wpisać sobie rok sama? Może wpiszę jakiś dobry, udany i sprawdzony z przeszłości np. 2015? A może sobie zaprojektuję przyszłość? I od razu wskoczę w cekinową kieckę lat 20. XXI w. w Paryżu na Montmartre?

Nie. Podejmuję to wyzwanie czasów najtrudniejszych, teraźniejszych. „2018/Eliza” ołóweczkiem niepewnie kreślę. Czyżbym chciała kiedyś wymazać gumką ten rok ze swojego życiorysu? „Któż to wie?” – odpowiada mi Osiecka. A zatem szłam przez 12 miesięcy z tym notesem totalnie nieporęcznym. Jest jak wielka, gruba książka, ale piękny. I choć sama musiałam wpisywać dni tygodnia, rekompensatą była rozmowa z nią – Agnieszką Osiecką. Czytanie jej zapisków, tekstów piosenek, oglądanie zdjęć pamiątek i jej portretów – Wielkiej Artystki. „To był dla mnie zaszczyt, Pani Agnieszko, że mogłam Panią bliżej poznać. Ale wie Pani co, po tych zgoła 12 miesiącach ja poznałam samą siebie!”.

Bo pisanie jest jak rozmowa z samym sobą. Myśli bywają nieuczesane, w gonitwie, w biegu. A słowo stoi jak wół na papierze, choć ludzie nazywają je bykiem! I dobrze czynią, bo ja byk zodiakalny, majowy, dokładnie z tej  jutrzenki 3 – majowej. I od dziecka byłam z ortografią na bakier. Ale na szczęście to z wiekiem mija.

Rok 2019, 3 maj będzie wyjątkowy, bo skończę równe 30 lat! Zacznę kolejną dekadę życia. Jakiś czas temu rozpisałam w zeszycie swoje życie na dekady. Bóg musiał mieć niezłą uciechę… 30-40 Eliza-Business Woman. 40-50 Eliza-Doktorantka. 50-60 Eliza-Polityk. 60+ Emerytura z całym bagażem doświadczeń życiowych i… Niespełnionych marzeń!

Pewnego dnia byłam bardzo smutna. Płakałam nawet. I na pociechę (choć w miarę pocieszania się tą pociechą stos mokrych chusteczek przede mną rósł) oglądałam filmiki na YouTubie z występów zwykłych utalentowanych marzycieli z talent show z całego świata. Większość z nich pięknie śpiewała. Naprawdę! Dopowiadałam sobie w głowie jakie teraz robią w swoich krajach i nie tylko, kariery!

I nagle szok. Wychodzi ona. Rok 2016. Lat 12. Zobaczcie sami:

https://www.youtube.com/watch?v=D67SBSbNPnI

I nagle szok. Ja nie płaczę. Nie dopowiadam sobie w głowie historii. Śledzę za pomocą filmików na YouTube jak było. W skrócie: główna wygrana w talent show „America’s Got Talent”, wybudowanie wymarzonego domu na drzewie i robienie tego, co kocha. Tego co wychodzi jej najlepiej!

Grace VanderWaal poprosiła kiedyś mamę o ukulele, ale mama stwierdziła, że to będzie kolejna kurząca się w pokoiku zabawka córki i jej nie kupiła. Grace sama zaoszczędziła pieniądze na swoje pierwsze ukulele. Darmowe lekcje gry pobierała dzięki filmikom instruktażowym na YouTubie. Do tego, to ona pisze sama swoje teksty! Komponuje muzykę! I jak ona śpiewa! Teksty naprawdę mają sens, muzyka wpada w ucho, a jej głos jakoś mnie chwyta za serce.

Z reguły mamy starszych idoli muzycznych. Potem z żalem i ich przebojami na ustach żegnamy ich, bo wcześniej odchodzą. Grace „Wonderful”, po prostu Wspaniała, ona dorasta, a ja się starzeję! Jej starsza i wierna fanka! Moja aplikacja Spotify – niczym moja osobista stacja radiowa, puszcza najczęściej właśnie ją.

I ja wtedy zapytałam siebie: „A Ty co robiłaś w wieku 12 lat?”

Mam jeden obraz. Jest 2001 rok. Nowe stulecie! Jestem w V klasie szkoły podstawowej i wsiadam ubrana w strój kujawski do samochodu m.in. z panią od muzyki, która trzyma na kolanach akordeon do akompaniamentu. Za chwilę ruszamy na mój pierwszy konkurs recytatorski. A co robię ja? Zaczynam na cały samochód beczeć! Byłam tak zestresowana, że najchętniej zawinęłabym tę kujawską kiecę i wyskoczyła z pędzącego samochodu! Dobrze, że zostałam. Byłam trzecia. W województwie!

Czas się w tym momencie rozliczyć z dyplomów. Zrobić podsumowanie tej drogi, która trwała od końca podstawówki w sumie do liceum. Przygoda recytatorska i czytanie całych tomików poezji, by wybrać moje ulubione, te które do mnie pasowały, które tak dobrze mi się mówiło. To dlatego ja tak przesiąknąłem tym poetyckim światem! Nauka wierszy na pamięć nie poszła w las. Ona pulsuje we wciąż żywej tkance gdzieś pod osierdziem. Głęboko. I ona ze mnie po 3 latach, kiedy miałam lat 15 wylazła. Napisałam do Polskiego Radia Program 3 wiersz o powstaniu warszawskim na konkurs. Rok 2004, Warszawa. Jestem, w nagrodę zwiedzam radio, i Twoje, Pani Agnieszko, w nim studio.

Skoro warszawce się spodobało, zaniosłam ten sam wiersz do lokalnej gazety, „Gazety Kujawskiej”. Weszłam do odpowiedniego pokoju, „Marsz żywej nadzieji” ląduje u pana redaktora. A ja wychodzę. Pokazuję koledze wiersz wydrukowany. A on: „Przecież tu jest w tytule błąd ortograficzny! Nadziei, a nie nadzieji”. Jak to?! Tytuł większą czcionką i w dodatku pogrubiony! Więc ja kursywa-załamka, lament! Za jakiś czas telefon. Z gazety. Na początku wywiad ze mną. A potem: „Pani wiersz jest beznadziejny!”. A ja padam na tapczan w stołowym. Dobrze, że mam miękkie lądowanie w pierzu, bo niepościelone.

Za jakiś czas telefon. Ciocia Irenka. „Elizko, ładny wiersz napisałaś”. A było już późne popołudnie i nie tak łatwo o makulaturę świeżą w kioskach. Latam z godzinę. Od rogu do rogu. Jest! Czytam: „Eliza Studzińska, lat 15, szkoła ta i ta, bla bla, lubi czytać beletrystykę”. A co to jest? Pierwsze słyszę takie słowo! „Ze względu na długość wiersza drukujemy fragmenty”. Uff! Poprawili byka w tytule! A to najważniejsze. Ucięli – trudno. Dobrze, że nie ma wstydu przy „NADZIEI”.

Potem sobie pisałam te poezje dalej. Nawet były koleżeńskie odczyty, przy przygaszonym, nastrojowym świetle. Był po drodze semestr na studiach z creative writing. Dawałam młodym studentom-polonistom do oceny. Jedna padła wyrocznia: „Herbert to to nie jest”. Ale na szczęście u progu studenckiej kariery jestem w Instytucie Humanistycznym, filologia angielska. I pisanie. Ale jakie!!! Creative writing i to po angielsku, w oryginale. Język? Polski, angielski, francuski? Nie ma znaczenia! Już kiedyś na kursie języka francuskiego, Pan od francuskiego (Panie Nauczycielu-Mistrzu, daję do Pana namiary, d’accord? http://www.panodfrancuskiego.pl/), rozdał nam wydrukowane zdjęcia i polecił: “Piszcie wiersz teraz, w tym momencie, po francusku”. Ach! Co to była za uczta, sam Platon takiej nie skosztował nigdy, ten francuski taki poetycki! Same słowa się bez słownika na papier pchały! Dziękuję za tą domową pracę, co ją dopiero teraz rozumem pojęłam: “Pisz! Po polsku, angielsku, francusku. A nawet niemiecku i hiszpańsku. Nie ma znaczenia język, kiedy piszesz prawdę”!

Dzisiaj w prasie kobiecej wyczytałam, że jeden od śpiewu nauczyciel Lady Gagi kiedyś jej powiedział: „W pokoju może być 99 osób, którym twój śpiew się nie spodoba, ale niech będzie chociaż ta jedna, której się spodoba i to już wystarczy”. Brzmi jak biblijna przypowieść! Dobry Pasterz 99 owiec na pastwisku zostawił i szukał tej jedynej, zagubionej. Do skutku.

Zawsze uwielbiałam czytać biografie poetów, pisarzy. Albo patrzeć jak zawsze Carry Bradshaw przez 94 odcinki i 6 serii/lat po 29 minutach (Hej! Panie scenarzysto! Reżyserze! Ja mam właśnie te 29 lat!) kończy odcinek pisząc na swoim laptopie z jabłuszkiem błyskotliwy felieton i kończy go zabawną puentą. A ja się rozmarzam. To raj! Praca dla gazety!

W gimnazjum zaczęłam chodzić na Kółko Dziennikarskie. Byłam tak aktywna, że chyba cały numer sama napisałam! Nawet konkurs był na najbardziej zakochaną parę szkoły. Ja potem z nimi i pożyczonym dyktafonem w pustej klasie wywiad przeprowadzam, a reszta szkoły w tym czasie bawi się na szkolnej, walentynkowej dyskotece. A w domu? A to PLAY,  a to STOP. Przepisuję czyjąś historię miłości na trzy głosy.

Koniec gimnazjum. Język polski. „Napiszcie felieton. To ponad program. Nie na ocenę”. Jaka ja byłam dumna jak się okazało, że… „Eliza, fajny felieton napisałaś. Nasza pani na polskim na głos go przeczytała”. A to koleżanka Gosia z III a! A ja jestem w III e! I pani też robi odczyt mojego felietonu. Czyta przez śmiech czasami. A felieton jest o naszej katolickiej szkole! Moja przyjaciółka ze szkolnej ławy prosi o kopię i chce na pamiątkę zrobić sobie ksero. No normalnie drugi obieg!

W szkole miałam dwie przedmiotowe wierne od podstawówki miłości: Polski i Historia. Choć z resztą było nie najgorzej. 12 szkolnych lat z flagą/szarfą/paskiem Polski. A potem 10 lat uniwersyteckich. Wrocław, Warszawa, Bruksela, Włocławek. Zawsze się dosiadam do wolnej ławki w sali. Zawsze był piękny finał! Fotograf, zdjęcie, dyplom. I teraz jestem znów w połowie kształcenia procesu. Połowinki jak dwie mózgowe półkule wciąż na wysokich obrotach pracują wytrwale. Ale w tej wiedzy kopalni, jestem… Parobkiem.

Jesień 2017. „La la land”. Płacz, lament. „Marzenia? Idź lepiej dziecko po węgiel, bo piec coś słabo grzeje”.

Jesień 2018. „La la land”. Płacz, lament? ”Marzenia? Idź lepiej dziecko po węgiel, bo piec coś słabo grzeje”.

„NIE! – ja krzyczę – “Nie będę siebie i świata CO2 truła! Zakładam kominek i idę po drewno. TAK! Celulozy mi brak! Będę pisać! Będę poetką, blogerką, dziennikarką. Jak się rozpędzę to może i nawet powieść popełnię! Ale nie! Nie popełnię zbrodni na swoich marzeniach!”.

I przysięgłam sobie wtedy, że już nigdy po „La la land” nie będę nad sobą lamentować. Kończę ten rozdział popijając tabletkę na ból głowy. Bo tak płakałam, że życie płynie, a marzenia stoją, a to tak boli! Ach! Jak mnie ta głowa boli! A na paczce chusteczek jak byk stoi napis: “Sanfte Hygiene SOLO furs leben Talent EDITION”. 10 chusteczek, każda cztery warstwy jak Wisławy “Cebula” z wiersza. Ach! Dziękuję ALDI! Za te chusteczki. Choć Ci w złotówkach, nie talentach płaciłam. Dziękuję!

Mam do ludzi szczęście dobrych. Mówią: „Może przyda Ci się ten papierek, co nim rzucasz w połowie drogi?” A co z moim papierkiem lakmusowym szczęścia? Jeśli ja będę szczęśliwa to i innych uszczęśliwię! Może mam talent? Może nie na miarę odkrywania nowej Ameryki, ale mi nie potrzebna globalizacja. Ja wolę działać lokalnie, a myśleć globalnie. Ludzie są wszędzie. I Internet już też. Ja nie muszę jak dawniej płynąć za ocean robić karierę, dolary do skarpety ciułać i je cerować jak dziurawy budżet. Czasy się zmieniły. I może w tym cyfrowym świecie miejsce i dla cyfrowej, nowej generacji poetki się znajdzie! Ja potrzebuję małe poletko. Rozmiar A4, kolor biały.

I to wszystko się dzieje na przestrzeni tego tygodnia. REWOLUCJA! REWOLUCJA! Krzyczy widownia. W lutym miałam mieszkać na pół roku w Walencji i studiować obcą filologię. A ja w ostatnią sobotę lecę… Nie na lotnisko, a do… Biblioteki! „W czym pomóc?” – pyta miła bibliotekarka. „Poezja. Poezja polska. Najlepiej same kobiety!”. Pani bibliotekarka się śmieje: „No takiego podziału nie mamy, niestety”. I wychodzę obładowana: „Być poetą. Antologia poezji dla maturzystów” i trzy książki Wojciecha Młynarskiego: „W co się bawić” 1983, „Robię swoje” 1999, „Od oddechu do oddechu” 2017.

„W co się bawić”? Jeszcze w wieku przedszkolnym u babci w pokoju, gdzie do dziś stoją dwa duże regały z książkami wkładałam kawałki papieru śniadaniowego z cyferkami. Bawiłam się w bibliotekę. Do dziś te karteczki tam są! A ja najbardziej lubiłam taką niedużą, granatowa, twarda okładka, cieniutkie kartki, wręcz przezroczyste. I żadnych obrazków. A ja literek nie znaju. Po pierwszych z czytania lekcjach czytam na głos: „Biblia tysiąclecia”!

Pierwsze wakacje, po pierwszej klasie. „W co się bawić?” – pyta pan Wojciech. A ja zakładam Podwórkową Bibliotekę! Wyciągam swoje książki, bajki, znów karteczki w nie wkładam i zapraszam dzieci z podwórka, do mojej wypożyczalni! Pomysł na podwórku chwycił, bo i inna koleżanka swoją filię na ostatnim piętrze wieżowca otworzyła! I nikt z nas nie słyszał, o la Boga!, co to bookcrossing!

1-3 klasa, twórczy okres. Własna „Woman” gazeta, a nawet książka, ręcznie pisana. Okładka to karta pomarańczowa z technicznego bloku. I przepisujemy ją z moją przyjaciółką na komputer, do tajemniczego Worda! Jest nawet drukarka! I po 21 latach trzymania tej tajemnicy, moja przyjaciółka mi wyznaje: „Twoja książka wpadła w ręce mojej babci. Krzyknęła: „Dziecko! Ty tego nie czytaj! Ja to poprawię!” Chodziło oczywiście o błędy ortograficzne! Po 21 latach taka prawda już nie boli, ale śmieszy 😉

A na koniec III c, bawię się w scenarzystę-reżysera. Do szkolnej biblioteki na przerwach ganiam i szukam „wierszy o Pani”. Wypożyczam, przepisuję, przecież na ksero nie pójdę, za mały budżet przedstawienia! I rozdaję koleżankom i kolegom z mojej klasy role-wiersze do nauczenia. I pamiętam te próby na boisku, z dala od Pani oka i ucha czujnego. Bo to tak od serca, na koniec, pożegnanie, niespodzianka! I wracamy z zakończenia oficjalnego. Jesteśmy już w klasie. Ustawiamy się w dwa rzędy i dajemy występ z CAŁĄ KLASĄ! Pani i rodzice wzruszeni. Udało się, udało!

„Robię swoje” – Wojciech Młynarski.

„Robię swoje. W końcu.” – Eliza Studzińska.

„Od oddechu do oddechu”. – Wojciech Młynarski.

„Oddycham, jeszcze mi tlenu starczy”. – Eliza Studzińska.

„Być poetą. Antologia poezji dla maturzystów”. – Jerzy B. Wójcik

„Jestem poetą. Antologię poezji dla wszystkich tworzę”. – Eliza Studzińska

I duchem jestem maturzystką. W przyszły wtorek mam dyżur u byłego polonisty. TO OSTATNI SZKOLNY DZWONEK! By coś zmienić w swoim życiu. A ja ten dźwięk lubię, przy nim się budzę. Pączkowałam jesienią, zakwitam na zimę. „Anomalia.” – skwitujesz. A ja Ci powiem: „To są cuda!”.

I mam ja w głowie plan. Zdziwisz się. Robię najpierw sobie domowe wczasy. Będę stałym gościem u Kochanych Dziadków. Więcej się od nich o życiu dowiem, niż z najmądrzejszych książek! I pies nie był już od 3 lat bardziej szczęśliwy! Dziś już dwa razy w parku Łokietka wąchał trawkę… Od nadmiaru powietrza i zmysłu węchu wrażeń, wariuje ze szczęścia! Aż się zaczynam o niego martwić…

A w głowie całe strofy układam. Aż jakoś się ze mnie ulewają, kapią, nie dają spokoju dopóki nie wystukam jak Carrie Bradshow puenty. Lecz ona ma swój kochany New Jork i od 29 roku życia własną kolumnę w New York Star! A mi się marzy… Galicyjski Kraków – Miasto Literatury UNESCO. I, choć bardziej smogowe, to samo powietrze, którym oddychała Szymborska i Miłosz najbardziej mi się marzy. Może przez ten smog krakowski skrócę sobie życie, przypadkowy pulmonologiczny samobój sobie w płuca strzelę, ale co! „Non omnis moriar” – „Nie wszystek umrę”, już Horacy, a chorowity nie był na płuca, to wiedział. Ja sobie tym postem stawiam pomnik na nową swoją poetycką drogę! Po co mi myśleć teraz o jakiś kamieniarskich nagrobkach ostatecznego rzemieślnika-rzeźbiarza, co to zawsze ma ostatnią u każdego na koniec wystawę. U mnie przecież dopiero poczONtek! WRÓĆ! PoczĄtek! I zachowaj mnie już, Panie, od ortograficznych i życiowych BŁĘDÓW! I tylko o jedno proszę! Poetycki Kraków i małą rubrykę w „Tygodniku Powszechnym”!

Wasza Guwernantka

Eliza Studzińska

Po raz pierwszy

Podpisana…

Prawdziwie!

 

PS A tak na serio. Pierwszy wiersz i recytacja: 1,5 roku, po smacznym obiedzie u babci Jadzi Uta vel Lusia zabiera głos: „Zrobiłam kok i się titiłam. Ale bobi sioś”. Tłumaczę na język polski: „Zrobiłam skok i się spociłam, ale dobry sos”. Analiza porównawcza: „Daj, ać ja pobruszę, a ty pocziwaj”. Pierwsze zdanie zapisane po polsku w 1270 r.: „Pozwól, bym ja też mełł”.” Chyba byłam bardziej gadatliwa, już na samego życia początku…

PS 2 I tylko szkoda nowej, przedwczesnej kalendarzowej inwestycji na 2019 r. A5 -poręczny rozmiar, kolor czarny co to brudu nie znać, tak praktyczny, że aż chyba go komuś w dobre ręce oddam!